Wrócili po chwili, jednak ja odczuwałam, że minęła wieczność, tym bardziej, że miałam wrażenie, że już za chwilę dostanę odpowiedź na wszystkie moje pytania. Jednakże gdy ich równie rudy ojciec przyszedł, kazał mi znowu "coś zrobić". Więc roztopiłam wodę, wydało mi się to najlepszym rozwiązaniem, ponieważ zamrożonej nikt nie jest w stanie wypić, nawet w tak upalne lato jak te. Jego twarz przybrała poważniejszy wyraz.
-Trzeba powiedzieć Dumbledorowi.-wymamrotał. Wyciągnął kartkę z kieszeni, napisał coś szybko i niestarannie, otworzył okno i gwizdnął na palcach. Zaczęłam się zastanawiać co ten wariat robi, ale potem usłyszałam łopot skrzydeł i ujrzałam brązową sowę w brązowe plamki na skrzydłąch oraz plecach. Zahuczała wesoło i chwyciła kartkę w dziób. Pan Weasley powiedział, że ma zabrać list do dyrektora jakiegoś tam Hogwartu i sowa odleciała. Miałam nadzieję, że zaraz mi wszytsko wyjaśnią, o co to zamieszanie, ale myliłam się. Pan Weasley nerwowo powiedział, że w ciągu kilku dni się dowiem i odszedł. Rudzielce też nie chciały mi nic wyjaśnić, zdenerwowałam się, jednak nie zostało mi nic innego niż czekanie.
Dwa dni później (Wesleyowie u nas mieli być przez tydzień), gdzy rodzice pojechali na zakupy do centrum handlowego, ktoś zapukał do drzwi. Pani Molly podbiegła do nich i otwarła je. W drzwiach stał starzec z długą siwą brodą. Jak na mój gust ubierał się bardzo dziwnie, ale przez grzeczność nic nie powiedziałam. Starzec przedstawił mi się jako dyrektor szkoły Hogwart, Dumbledor, wydawał się być bardzo miły, jednak odniosłam wrażenie, że był zaskoczony mną i całą tą sytuacją. Pokazałam mu kilka "sztuczek" jak to mówili moi rodzice na moje nadzwyczajne umiejętności, a on uśmiechnął się do mnie tajemniczo i wręczył list z czerwoną pieczątką. Kazał nie otwierać zanim stąd nie wyjdzie. Potem zwrócił się do Weasleyów. Nie słyszałam słów, bo wyszli z salonu i przeszli na korytarz, gdzie rozmawiali ściszonymi głosami. Czasami udało mi się wyłapać kilka słów lub całe zdanie. W pewnym momencie usłyszałam, że Molly powiedziała "Ana wspominała mi o tym kilkanaście lat temu... że adoptowali". Zszokowana tymi słowami wstałam i podeszłam do rozmawiających.
-Jak to?! Że niby kto jest adoptowany?!-prawie krzyczałam. Nie wiedziałam, czy to prawda, ale byłam wściekła, załamana, zszokowana i smutna w jednym momencie. Wszyscy w trójkę spojrzeli na mnie ze zdziwnieniem. Pani Molly kazała mi się uspokoić, położyła delikatnie rękę na moim ramieniu.
-Porozmawiasz z rodzicami jak wrócą. Ja nic na ten temat nie wiem dziecko, może się przesłyszałam.-powiedziała spokojnie. Jej słowa tylko bardziej mnie rozzłościły, ale zrozumiałam, że ma rację. Musiałam się uspokoić, złość nic nie da. Wróciłam do salonu i usadowiłąm się wygodnie na kanapie."Nawet jeśli jestem adoptowana... to przecież nadal są moimi rodzicami. Kochają mnie." pomyślałam "Ale... dlaczego nie powiedzieli mi prawdy wcześniej?". Z zamyślenia wyrwał mnie starzec o niebieskich oczach.
-Do widzenia Gwen.- uśmiechnął się ciepło. Odwzajemniłam uśmiech.
-Do widzenia, miłych wakacji!-krzyknęłam za nim. Nie miałam pewności, że to usłyszał, bo jak na staruszka, to bardzo szybklo się poruszał. Jeszcze chwilę posiedziałam w samotności, ale przypomniałam sobie o kopercie. Sięgnęłam po list leżący na szkalnym stole i otwarłam go delikatnie. Przeczytałąm całość nic nie rozumiejąc. Postanowiłam się więc spytać Rona o pomoc.
Chłopak siedział w pokoju gościnnym razem z Ginny oglądając telewizję. Gdy weszłam do pomieszczenia, odwrócił się w moją stronę pytająco. Kiwnęłam do niego porozumiewawczo, że ma za mną iść. Podszedł do mnie, pokazałam mu list. Ron wytrzeszczył oczy i ni to ze zdziwieniem ni to ze zmartwieniem powiedział-Przecież to list z Hogwartu! Gwen! Dostałaś się do szkoły magii!
-Chwila... Co?-spytałam zdezorientowana. Ron ze zrezygnowaniem pokręcił głową.
-Chodź. Wszystko ci opowiem.- powiedział i pociągnął mnie do mojego pokoju. Trzymał mnie za rękę, co było ostatnią rzeczą jaką chciałam robić w tym momencie. Była ciepła i mokra od potu, jednak wytrzymałam to. Chciałam jak najszybszych wyjaśnień. Usiedliśmy na łóżku, wydawało mi się, że usiadł trochę za blisko mnie, odsunęłam się trochę, tak by nie zauważył. Nastąpiłą głucha cisza. Wpatrywaliśmy się w jakiś punkt w przestrzeni. On w podłogę, ja w ścianę. W końcu nie wytrzymałam.
-Powiesz mi do jasnej cholery co tu jest grane?!-syknęłam. Miałam dość ciszy i miałam mnóstwo pytań.
-No bo... Dwa dni temu jak zatrzymałaś szklankę w locie, zamroziłąś wodę, a potem roztopiłaś ją... Zauważyliśmy, że nie jesteś zwykłym mugolem... znaczy człowiekiem. Jesteś czarownicą. Potrafisz czarować. Nie wiem dlaczego dyrektor cię nie zauważył na liście... Zapomniał wysłąć list czy co? no mniejsza z tym. Teraz dostałaś list, że cię przyjęli. Z tego co wiem to masz 16 lat, a tam naukę zaczyna się gdy masz 11.. więc masz 5 lat do nadrobienia Gwen.
-Czekaj.. czekaj... Co?! Przecież, chodzę do szkoły!- powiedziałam zdziwiona-jakie 5 lat nadrabiania? Nie mam zaległości.-dodałąm z oburzeniem.
-Tak, w zwykłej szkole. Jednak Hogwart jest szkołą magii. Nie potrafisz czarować. Nie znasz zaklęć, nie masz nawet różczki. Ty nie wiedziałaś o istnieniu magii przed 5 minutami!-na te słowa dotarło do mnie, że sobie nie żartuje.
-Dobra mów dalej. Chce wiedzieć jak najwięcej o waszym świecie...-westchnęłam w końcu.
-W naszej szkole są cztery domy. W sensie grupy... hmmm.. zrozumiesz potem. Przydzieli cię Tiara Przydziału do jednego z nich. Ja jestem w Gryffindorze. Oprócz tego jest jeszcze Hufflepuff, Ravenclaw no i...największa konkurencja Gryffonów, czyli Slytherin. Opowiedziałbym ci więcej, ale myślę, że powinnaś szczerze porozmawiać ze swoimi rodzicami Gwen.- ostatnie słowo brzmiało jak prośba. Skinęłam na nią głową. Nie miałm za bardzo ochoty z nimi rozmaiwać na ten temat, nie wiedziałam jak zacząć. Na mój niefart, usłyszałam dźwięk przekręcanego klucza. Wrócili. Ze zdenerwowania zaczęłam strzelać palcami. Ron zauważył to i dodał mi otuchy mówiąc, że gdy sobie wyjaśnię z rodzicami wszystko, oni dołączą do rozmowy i dopowiedzą resztę. "On chyba sugeruje mi, że jestem adoptowana!'' pomyślałam, a w moich oczach pojawiły się łzy, jednak tylko na chwilę, nie mogłam nikomu pokazać, że mnie to boli. Zbiegłam na dół. Tata z mamą kończyli wypakowywać rzeczy, które kupili. Rzyciłam im wesołe "Cześć", odpowiedzieli z uśmiechem na twarzy. Patrzyłam na nich przez chwilę, po czym udałam się do salonu gdzie na nich czekałam. Zawsze szli na kawę po zakupach.
Siedząc w salonie usłyszałam kroki i witanie się państwa Weasleyów z moimi rodzicami. Zaczęłam myśleć jak mam zacząć rozmowę. W głowie jednak miałam całkowitą pustkę. Zupełne nic. Dlatego też, gdy rodzice weszli do salonu i usiedli koło mnie, otworzyłam tylko usta nie umiejąc nic powiedzieć. Zauważył to tata, pociągając łyk czarnej aromatycznej kawy, spytał -Chcesz nam coś powiedzieć?- uniósł jedną brew, jak to zazwyczaj robi, gdy jest zakłopotany. Przełknęłam ślinę. "Raz kozie śmierć!" pomyślałam.
-Powiedzcie mi prawdę. Słyszałąm rozmowę pani Molly.- powiedziałąm z powagą. Mama zrobiła zdziwioną minę, w sumie nie tylko ona.
-Gwen, dziecko. O co ci chodzi?- spytałą w końcu mama. Wzięłam głęboki oddech jakbym się przygotowywała do dużego wysiłku.
-Czy ja jestem adoptowana?-wypaliłam w końcu.
Kolejny rodział już gotowy! Mam nadzieję, że się podoba. Jest weekenda ja siedzę w domu, więc mam dużo czasu na pisanie. Jak wam się podoba? Jakieś uwagi? Komentarze? Życzę miłęgo wieczorku i dobranoc! Jutro pewnie coś wrzucę, a na razie lecę. Papa
#gwen
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz