poniedziałek, 14 marca 2016

Rozdizał 4

-An! Tom! Jesteśmy już! Zawołajcie Gwen, dostanie pieniądze!-krzyknęła donośnym głosem Molly z przedpokoju.
-Jesteśmy na werandzie!-odkrzyknęła mama. Gdy państwo Weasleyowie wyszli do ogrodu, wskazała wolne  miejsca obok nas, jak tylko usiedli, Arthur wyciągnął z kieszeni sakiewkę wielkości ludzkiej pięści, w której radośnie pobrzękiwały monety. Wręczył mi je z poważnym uśmiechem
-Musimy udać się na ulicę Pokątną.- powiedział. Widząc moje zdziwnienie na twarzy zaczął wyjaśniać-To taka ulica na której czarodzieje prowadzą swoje sklepy. Jeżeli twoi rodzice się zgodzą, teleportujemy się tam jutro, by zaopatrzyć cię w potrzebne rzeczy. - mówiąc to spojrzał na rodziców oczekując zgodzy. Mama pokazała swoje białe zębyi kiwnęła głową patrząc w oczy przyjacielowi. Widząc ten znak pan Weasley kontnuował dalej - Lista podręczników jest taka sama jak u Rona, zdążyłem ją przejrzeć. A teraz- powiedział patrząc na mnie- powinnaś się przygotować psychicznie do pierwszego twojego spotkania z światem magii. On jest zupełnie inny niż ci się wydaje.-dodał. Skrzywiłam się, nie wiedziałam czego mogę się spodziewać.
-Dobrze, o której jutro tam jedziemy? Znaczy się... teleportujemy?-spytałam.
-Jak tylko się obudzisz i będziesz gotowa- uśmiechnęła się Molly.- Zjesz na spokojnie śniadanie i tak dalej. Musisz mieć dużo siły na dzień pełen nowości i wrażeń-dodała klepiąc mnie po dłoni.


    Obudził mnie dźwięk deszczu stukającego o okno."Ugh... a miałam nadzieję na ładną pogodę" pomyślałam  z niezadowoleniem patrząc w strone szyby. Jednak szarość za szkłem nie zepsuła mojego humoru. Na samą myśl, że dzisiaj znajdę się w świecie czarodziejów, wywoływałą u mnie uśmiech na twarzy. Pospiesznie wstałam z łóżka i podeszłam do wielkiej szafy. Wybrałam swoje najlepsze ubrania, oczywiście w moim ulubionym kolorze, czyli czarnym, po czym zeszłam na dół. Starałam się wyglądać obojętnie, mimo że we mnie była masa emocji.
    Na dole wszyscy siedzieli już przy stole, piąc kawę lub inny parujący, pokrzepiający ten deszczowy dzień napój. Przywitałam się z nimi grzecznie, potem zrobiłam sobie zielonej herbaty. Gdy usiadłam zaczęłam się przyglądać wszystkim. Mięli rozbawione miny, żywo dyskutowali na jakiś temat. Znudzona przysłuchiwałam się rozmowie, jednak nie zaciekawiła mnie ona, więc zaczęłam się rozglądać za Ronem i Ginny. Siedzieli na kanapie oglądając równie znudzonym wzrokiem telewizję. Podsiadłam się do nich cicho. Rudy spojrzał na mnie ukradkiem, a gdy nasze spojrzenia się spotkały szybko spuścił wzrok.
-Co oglądacie?-spytałam z obojętnością w głosie.
-Mugolskie wiadomości-odpowiedziała Ginny nie patrząc na mnie.
-Nie mogę się doczekać kupienia różdżki! Chciałabym wybrać jakąś dobrą-zaczęłam.
-Ale wiesz, że to nie ty będziesz wybierać, prawda?-spytał Ron podpierając się łokciem.
-Jak to nie ja? A kto za mnie ją wybierze?-spytałąm zaskoczona. Chłopak wywrócił oczami, a dziewczyna uśmiechnęła się rozbawiona.
-To różdżka wybierze ciebie-odpowiedział oglądając dalej telewizję. Zdziwniona zmarszczyłam czoło i opadłam ciężko na oparcie fotela.
   Usłyszałąm jak dorośli wstają z krzeseł, więc automatycznie obruciłam głowę w stronę dźwięku.
-Ginny, Ron, Gwen, zbieramy się.-powiedział stanowczo Arthur. Podeszli szybko do ojca, który wyciągnął z kieszeni marynarki sakiewkę. Pierwszy był Ron, wsadził rękę do woreczka, wszedł do małego kominka i krzyknął- Na Pokątną!-kominek zajął się zielonym ogniem, a chłopak momentalnie znikął. To samo stało się z Ginny. Przyglądałam się temu z zaciekawieniem, a kiedy przyszła kolej na mnie, zlękłam się. Wzięłam jednak błyszczący się proszek i sypnęłam nim w kominku krzycząc nazwę ulicy. Momentalnie znalazłam się w innym miejscu. Rodzeństwo już na mnie tam czekało. Oszołomiona rozejrzałam się po miejscu, w którym się znalazłam. Po chwili dołączyli do nas rudzi rodzice rudych dzieci.
     Ulica pokątna przypominała trochę abstrakcyjną ulicę Disneylandu, szczególnie sklep z głową mężczyzny z kapeluszem.
-Czy teraz pójdę wybrać różczkę?- spytałam pełna nadziei.
-Tak-powiedziała pani Weasley.-Szukaj sklepu Ollivander-dodała wymijając jakiegoś czarodzieja w dziwnym płaszczu. Po tych słowach zaczęłam uważnie rozglądać się za tym sklepem.
-Znalazłam!-krzyknęłam wskazując sklep z tabliczką. Weasleyowie uśmiechnęli się do mnie. Przyspieszyłam kroku, chciałam jak najszybciej się tam znaleść. Odwróciłam się na chwilę w stronę przyjaciół rodziców, byli daleko w tyle. Gdy chciałam iść dalej, odwróciłam się gwałtownie i wpadłam na chłopaka o jasnej karnacji (też mam jasną, ale jego kolor był w odcieniu conajmniej kartki papieru), jasnych blond włosach i pięknych tajemniczych szarych oczach.
-Przepraszam.-powiedziałam cofając się o krok, robiąc miejsce przystojnemu chłopcu.
-Uważaj jak chodzisz-warknął. W jego oczach jednak nie zauważyłam błysku pogardy ani nienawiści, raczej zafascynowania mieszanego z nutą złości. Myślałam, że od razu sobie pójdzie, gdy tylko zrobiłam mu miejsce, on zamiast odejść, stał jeszcze przez chwilę w miejscu przyglądając mi się uważnie.
-Skąd jesteś?-spytał w końcu.
-Z małego miasteczka koło Londynu.-odpowiedziałam, próbowałam być jak najmilsza dla chłopaka.
-Jak się nazywasz?-zadał jeszcze jedno pytanie. Otworzyłam usta by mu na nie odpowiedzieć, ale Weasleyowie wyprzedzili mnie i stali już przy sklepie. Ron ze złością machnął do mnie ręką bym przyszła.
-Muszę już iśc! Wybacz!-krzyknęłam biegnąc w stronę sklepu z różdżkami, zostawiając za sobą przystojnego chłopaka.


O tak! Nareszcie się spotkali! Nie wiedziałam jak mam doprowadzić do ich spotkania, ale jakoś z tego wybrnęłam. Miłego wieczorku


                                                                           #gwen

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz