poniedziałek, 28 marca 2016

DODATEK

Gwen Silver
Wiek:16
Wygląd: ciemne długie do pasa, proste włosy, zielone oczy, jasna cera, pełne różowe usta, niewysoka-165, długie rzęsy, chuda, delikatnie widoczne rzebra i wystające kości biodrowe.
Charakter: sprytna, miła, ambitna, otwarta na nowe znajomosci, szczera, inteligentna, szybko sie uczy, potrafi byc oschła.
Historia: jej rodzice zginęli w wypadku samochodowym, (teoretycznie), została adoptowana przez państwo Silver gdy miała 2 lata, trafia do Hogwartu i zostaje przydzielona do Slytherinu. 
Zwierze: czarna kotka Diana. 
Rodzina: Ana i Tom Silver- prawni, biologiczni- nie znani (jeszcze)
Hobby: lubi malować i robić zdjęcia, ale nie ma na to czasu 
Różdżka: drzewo osikowe, rdzeń pióro feniksa, 11,5 cali, w miarę giętka, różdżka wojenna.
Krew: czysta 
Dom: slytherin 
Inne: jej ulubiony kolor to czarny, lubi róże, maluje sie delikatnie, miewa koszmary o wężu czarnego pana.


Ana Silver
Wiek: w średnim wieku
Wygląd: ruda, piegi, niebieskie oczy, wysoka, szpula
Charakter: miła, gościnna, dobra.
Historia: ---
Hobby: gotowanie 
Różdżka: ---
Krew: mugol 
Dom: Sunny street, Londyn 
Inne: przyjaciółka Molly, poznały sie na obozie



Tom Silver
Wiek: w średnim wieku 
Wygląd: ciemne włosy, okulary, normalna waga, lekki zarost, brązowe oczy.
Charakter: stanowczy, miły, opiekuńczy.
Historia: ---
Hobby: piłka nożna
Różdżka: ---
Krew: mugol
Dom: Sunny street, Londyn 
Inne: mąż Any, przyjaciel Molly i Arthura 



Vanessa 
Wiek:16
Wygląd: długie błąd włosy, niebieski oczy, rumieńce, delikatna cera, średniego wzrostu, perfekcyjny makijaż 
Charakter: jak na ślizgonkę jest bardzo miła, uczynna, przebiegła, zaradna, uśmiechnięta 
Historia: ---
Hobby: moda
Różdżka: dąb, włókno smoczego serca 
Krew: półkrwi 
Dom: Slutherin 
Inne: jej mama jest półkrwi tata czystej, dzieli pokój z Pansy, Gwen, Lilą... Jest zauroczona w Zabinim, bardzo lubi Gwen, jej patronusem jest fredka, co bardzo drażni Draco 



Marshall Lee
Wiek:16
Wygląd: brunet, jasne oczy, wysoki, słodki, delikatne rysy twarzy, szczupły, dobrze zbudowany 
Charakter:inteligenty, miły, przyjacielski, cichy, spokojny, zabawny
Historia: nie przebada za Draconem, bo ten kiedyś na eliksirach wylał na niego śmierdzący wywar specjalnie 
Hobby: quiddich
Różdżka: topola, włos z ogona jednorożca
Krew: półkrwi 
Dom: Ravenclaw
Inne:nigdy nie poznał swojej matki, wychowuje go ojciec, Gwen imponuje mu swoim charakterem i innością, jego patronusem jest pies.


Lisa
Wiek:16
Wygląd: ciemne włosy, brązowe oczy, wysoka, nienaganny makijaż, włosy często spięte, wysoki nos, ciemne brwi 
Charakter: sprytna, tajemnicza, łatwo nawiązuje nowe kontakty, nie potrafi sie kłócić, dobra aktorka 
Historia: wczesniej chodziła do szkoły w USA, ale po przeprowadzce do Anglii, dostała sie do Hogwartu, poznała tam Pansy i zaprzyjaźniły sie szybko
Hobby: lubi transmutację
Różdżka: winorośl, ---
Krew: czysta
Dom: Slytherin 
Inne: akceptuje mugolaków i szlamy, nie jest dla nie jest dla niej ważna czystość krwi, ale nie przyznaje sie do tego w obecności innych , boi sie odrzucenia.



Wyjechałam na święta i nie mam czasu na pisanie dlaszych rozdziałów, dlatego dodaje cos w stylu opisu postaci, mam nadzieje, ze sie tym zadowolicie :)  miłego dnia,


                                                               #Gwen

PS gdybym zrobiła gdzieś błąd to mnie o tym poinformujcie, nie pamietam wszystkiego co napisałam... 


czwartek, 24 marca 2016

Rozdział 10

   Marshall opowiadał mi o nauczycielach Hogwartu, o Snape z eliksirów, McGonagall z transmutacji itd. Czas szybko mijał w towarzystwie nowo poznanego bruneta, polubiłam go bardzo i cieszyłam się, że do niego zagadałam, albo to on do mnie? Mniejsza. Rozmawiało mi się z nim bardzo miło, nie zauważyliśmy kiedy zrobiło się ciemno za oknem. Szybko zerwaliśmy się od stołu, zapłaciliśmy i powędrowaliśmy do szkoły. Odprowadził mnie pod obraz, zbliżył się do mnie by zakończyć spotkanie przytuleniem, jednak odsunęłam się. Nie chciałam czułości od niego, mimo, że go bardzo polubiłam, znałam go kilka godzin.
-To miłe, ale poznajmy się jescze torchę lepiej, okey?-powiedziałam spoglądając na niego niepewnie.
-Jasne-uśmiechnął się uroczo.-Żółwik?-dodał wyciągając pięść w moją stronę.
-Żółwik.-stuknęłam moją pięścią o jego. Marshall odszedł, weszłąm za obraz i pobiegłam na palcach do swojego pokoju. Wchodząc do dorminatorium usłyszałąm ściszoną kłótnię Draco z Pansy. Zignorowałam ją, nie chciałam mieć problemów w już w drugi dzień szkoły. Zdjęłam ubrania, zostałam w samej bieliźnie, nagle usłyszałam za sobą trzask naciskanej klamki do moich drzwi. Szybko odwróciłam się w stronę dźwięku, ujrzałam Draco wpatrującego się w moją czarną koronkową bieliznę. Zasłoniłąm się szybko leżącą koło mojej nogi bluzą
-Co tu robisz! Wynoś się! Puka się kurwa!-krzyknęłam bardzo wkurzona na chłopaka, rzuciłam w niego bluzą, która mnie zakrywała. Zrobił unik i odwrócił się
-Fajnie wyglądasz-zaszydził-Specjalnie dla mnie się tak ubrałaś?-zaśmiał się chamsko. Ubrałam się w cokolwiek przeklinając pod nosem potwornie.
-Czego chcesz malfoy?-warknęłam w końcu. Odwrócił się do mnie z uśmiechem.
-Sprawdzić jak się czujesz po imprezie-oparł się o drzwi i skrzyżował ręce.
-Super. Możesz już stąd iść?-rzuciłąm mu nieprzyjemne spojrzenie.
-Hm....zastanówmy się....-sztusznie się zamyślił.-Nie-zaśmiał się złośliwie i zaczął do mnie zbliżać. Wstałam z łóżka, nie znałam jego zamiarów.
-Spokojnie-zatrzymał się w połowie drogi-Chcę tylko zobaczyć miejsce, w które się uderzyłaś. -odwróciłam się do niego tyłam i podniosłam włosy. Po jakimś czasie oglądania odezwał się w końcu
-Nie wygląda najgorzej.-powiedział.
-Aha, super-odwróciłam się do niego przodem.- To teraz możesz stąd wyjść-zacisnęłam szczęki-Proszę.-dodałam przez zęby. Malfoy zaśmiał się kpiąco
-Skoro tak ładnie prosisz-machnął do mnie ręką i wyszedł. Odetchnęłam z ulgą, gdy zrzuciłam z siebie resztę ubrań i ułożyłam wygodnie na łóżku w niebieskiej koszuli nocnej. Poduszka była niesamowicie miękka, tak samo kołdra i materac. Leżąc na nich miało się wrażenie, że ma się pod sobą puchatą chmurkę. Nie zdziwiłoby mnie, gdybym od razu zasnęła, ale tak się nie stało. Za dużo myśli pojawiło się w mojej głowie. Zmarli rodzice, adopcja, odkrycie, że jestem czarownicą, słowa Ollivandera, słowa starej czapki, Slytherin, Malfoy, Pansy,Vanessa, Marshall... Przewracałam się z boku na bok starając usnąć. Gdy tylko mi się udało zasnąć, zaczęłam śnić.
    Śnił mi się wąż. Długi na parę metrów, pełzał po śliskiej powieszchni w moją stronę z złowroim sykiem. Słyszałam swój przyspieszony oddech, zaczęłam się cofać ze strachu, wąż cały czas się zbliżał, widziałam jego żółte oczy, białe i ostre jak brzytwa zęby, różowy język poruszający się szybko... Poczułam za plecami ścianę, równie mokrą jak podłoga. Wąż zatrzymał się kilka centymetrów przed moją twarzą, zamkęłam oczy, poczułąm ukłucie w szyję i ciepły jad rozchodzący się po moim ciele, które drętwiało z każdą sekundą coraz bardziej. I jescze ten pulsujący ból...
    Wrzasnęłam i obudziłam się tym sama. Usiadłam na łóżku cała spocona i co gorsza, nadal czułam ten pulsujący ból. Zwinęłam się w kłębek cicho jęcząc, czekałam aż ból minie, albo przynajmniej trochę odpuści. Po dłuższym czasie, byłam w stanie się ruszać i cokolwiek zrobić. Wyjrzałam za okno, było już jasno. Wiedziałam, że już nie dam rady zansąć, więc nawet nie kładłam się do łóżka. W piżamie zeszłam do pokoju wspólnego Ślizgonów. Na stoliku leżała gazeta, wzięłam ją do rąk i zaczęłam czytać, nie zdziwiły mnie ruszające się zdjęcia. Zaciekawił mnie jeden artykuł, jednak nie rozumiałam wielu słów, w tym Mroczny znak, Czarny Pan, śmierciożercy. Zrozumiałam, że nie jest to nic dobrego. Usłyszałam kroki na schodach, ujrzałam Draco w bokserkach. Zdziwił się na mój widok, a ja przewróciłam oczyma i wróciłam do lektury.
-Czemu nie śpisz? Nie spodziewałem się ciebie tutaaj-powiedziałl bez przywitania.
-A ja ciebie-nie oderwałam wzroku od kolejnego artykułu. Nie odpowiedział, usiadł na przeciwko mnie, wypowiedział zaklęcie spalania i wycelował w gazetę, która w oka mgnieniu zamieniła się w popiół.
-Dobra, mów czego byś chciał-westchnęłam.
-Jesteś szlamą?-zapytał przewiercając mnie wzrokiem na wylot.
-Co to znaczy?-przekrzywiłam głowę. Draco zdziwił się, że nie wiem co oznacza to słowo.
-Wiesz kim byli twoi rodzice?-spytał dociekliwie.
-Prawdziwi? Nie.-wzruszyłam ramionami. Po moich słowach wyciągnął różdżkę i przyłożył mi do nadgarstka. Wymamrotał coś pod nosem, a moja dłoń zaczęła robić się zimna jak lód, w dodatku jej kolor zmienił się z bladego na delikatnie srebrny. Cofnęłam gwałtownie dłoń z przerażeniem malującym się na mojej twarzy
-Co robisz!?-krzyknęłam. Uciszył mnie przykładając mi dłoń do ust
-Nie krzycz, obudzisz wszystkich-powiedział.
-Co robisz?!-szepnęłam krzycząc.
-Sprawdzałem jakiej jesteś krwi.-uśmiechnął się przebiiegle.
-No i?
-Czystej.-wstał z fotela i okrył się kocem.
-To dobrze?-spytałam niepewnie.
-Nawet bardzo-odpowiedział i zniknął na schodach prowadzących do jego dorminatorium. Zostałam sama, znowu.
    Spojrzałam na zegar, dochodziła 7:00. Poszłam do siebie ogarnąć się i przyotować na lekcje. Gotowa zapukałam do pokoiku Vanessy, nie znałam szkoły, chciałam żebyśmy poszły razem do sali z zaklęć. Przywitała mnie w progu z promiennym uśmiechem, zebrała rzeczy i wyszłyśmy.

wtorek, 22 marca 2016

Rozdział 9

   Nauczyciel zmierzył mnie surowym, lecz obojętnym spojrzeniem
-Co tak stoicie? Zajmijcie swoje miejsca!-machnął swoją szatą i szybkim ktorkiem podszedł do biurka. Spojrzałam błagalnie na Lisę, ale ona już siadała koło jakiegoś ciemnego blądyna o tępym wyrazie twarzy. Rozejrzałam się po ciemnej sali "chemii", jedyne wolne miejsce było koło tego blądyna, Dracona. Bez namysły ruszyłam w stronę chłopaka.
-Mogę się przysiąść?-spytałąm półszeptem. Spojrzał na mnie
-No chyba nie mam wyjścia.-powiedział i odsunął mi krzesło. Pospiesznie usiadłam, gdyż profesor Tłuste Włosy cały czas mnie obserwował.
-No wreszcie-mruknął pod nosem-Na dzisiejszej lekcji, omówimy eliksir spokoju, na następnej go uważymy.-po tych słowach zaczął kartkować czarny notes.-Przeczytajcie rozdział 25. Uważnie! Będe pytać!-oznajmił. Wyciągnęłam podręcznik z torby, zaczęłam z zadowoleniem przekłądać strony. Przerobiłam już ten eliksir z Herm, jednak przeczytałam rozdział jeszcze raz, dla przypomnienia i głębszego zrozumienia treści. Minęło okoł 15 minut lekcji, gdy nauczyciel zwrócił się do mnie
-Silver, proszę o podanie składników eliksiru spokoju.-spojrzał na mnie z nadzieją, że nie będę w stanie odpowiedzieć.-Wstań.- posusznie wstałam, krzesło  za mną odjechało kawałek w tył, wszyscy przenieśli wzrok znad książek na mnie, zaczęłam sie stresować, wzięłam głęboki oddech
-Sproszkowany kamień księżycowy, syrop z ciemiernika, sproszkowane kolce jeżozwierza i róg jednorożca-odpowiedziałam pewna siebie. Profesor wykrzywił twarz w coś w rodzaju grymasu, nie poddał się, zadał następne pytanie
-Co się może stać, gdy ręka będzie się trząść podczas robienia eliksiru?
-Można zasnąć i się nie obudzić-odparłam z wrednym, inteligętnym uśmieszkiem.
-Dobrze, siadaj-powiedział zirytowany, ale zdumiony moją płynną odpowiedzią. Byłam z siebie dumna, nawet bardzo.
    Lekcje mijały bez większego problemu, gdy nagle przypomniałam sobie wczorajszą noc. Zaczęłam zastanawiać się, czemu nie zabrali mnie do jakiegoś lekarza, czy coś. I dlaczego Pansy mnie popchnęła, jak do tego doszło i tak dalej... Postanowiłam odszukać kogoś. Akurat koło mnie przechodziła pięknie umalowana Vanessa. Podbiegłam do niej
-Van, wiesz co się wczoraj działo, prawda?-zaczęłam niepewnie. Zamrugała kilka razy wystraszona, zabrała mnie na ubocze.
-Tak, wiem. Jak się po tym wszystkim czujesz? Wszystko okey?-spytała troskliwie.
-Ta... Znaczy... Boli mnie prawie wszystko, ale tak, jest w miarę dobrze.-odpowiedziałam.
-To wszystko moja wina-spóściła głowę-Mogłam cię nie namawiać.
-Nie, nie twoja.-złapałam ją za ramię.- Tylko możesz mi powiedzieć czemu nie zanieśliście mnie do lekarza?-Vanessa spojrzała na mnie zdziwniona marszcząc brwi.
-Mogliśmy cię zabrać, ale co byśmy mięli powiedzieć? Ze popchnęła cię pijana Pansy na nielegalnej imprezie Slytherinu?-szepnęła.
-Ah... Rozumiem...-powiedziałam chwytając się za nadgarstek.-A co do Pansy... Gdzie ona jest? Muszę z nią pogadać.
-Yyy...-blądynka niepewnie zaczęła błądzić oczyma- Ja nie wiem-odparła i szybko ruszyła przed siebie.
"Świetnie. Kryje ją przede mną. Sama ją znajdę!" pomyślałam ze złością. Ruszyłam przed siebie, ale nagle zdałam sobie sprawę, że nie mam zielonego pojęcia gdzie mam iść. Nie znałam tej szkoły prawie wcale. Dlateo też postanowiłam zapytać się pierwszego lepszego przechodnia.
-Hey ty!-krzyknęłam do słodkiego, przystojnego Krukona. Odwrócił się w moją stronę zaskoczony.- Widziałeś Pansy?
-Nie. Zdaję mi się, że ktoś mówił, że dzisiaj nie przyszłą na lekcje by uniknąć z kimść kontaktu.-powiedział.
-A wiesz kogo unika?-zapytałam zaciekawiona.
-Tej nowej... Ej chwila to ty!-wytrzeszczył oczy i uśmiechnął się do mnie. Odwzajemniłam uśmiech-Jestem Marshall-podał rękę. Właściwie nie miałam ochoty nikogo poznawać, ale w tym chłopaku podobało mi się coś. Może to jego hipnotyzujące niebieskie oczy?
-Gwen. Gwen Silver-przedstawiłam się-To... powiesz mi może gdzie jest Pansy?-dodałam mrugając błagalnie.
-W szkolnym szpitalu, brzuch ją chyba "boli"-namalował cudzysłów w powietrzu. Westchnęłam, najwidoczniej nie porozmawiam z nią dzisiaj. Pogadałam jeszcze chwilę z nowo poznanym chłopakiem. Dowiedziałam się kilka ciekawych rzeczy na temat Hogwartu i okolicy. Umówiłam się z nim na po lekcjach na piwo kremowe.
    Po zakończonych zajęciach, wróciłam do dorminatorium, przebrałam się w luźną kreację, wzięłam kilka monet i ruszyłam w stronę umówionego miejsca. Błądziłąm trochę, ale w końcu znalazłam wielkie wachadło. Marshall już tam na mnie czekał. Przywitał mnie ciepłym, przyjaznym uśmiechem. Na początku szliśmy w ciszy, słuchając śpiewu ptaków, lub szumu drzew, potem jednak, zaczęliśmy rozmawiać na różne tematy. Polubiłam go bardzo, wydawał się być inny niż chłopcy, których poznałam w ciągu tych dwóch dni. Przede wszystkim jego szczery uśmiech i poczucie chumoru, sprawiały, że pulsujący ból głowy znikał, w dodatku był bardzo miły i mądry.


Hey to znowu ja, z kolejnym rozdziałem. Patrząc na rosnący licznik wyświetleń, zastanawiam się, czy nie wyjaśnić kilku faktów na temat głównej bohaterki i kilku innych postaci... tak myślę, że to dobry pomysł.  I kolejnym punktem do zastanowienia się jest, czy w opowiadaniu mogę używać słów nieodpowiednich dla dzieci... i Czy może pojawić się scena erotyczna? Jeszcze nie teraz, ale może w najbliższej przyszłości...? Możeci dać znać w komentarzu ;) dobranoc




                                                       #gwen

poniedziałek, 21 marca 2016

Rozdział 8

    Obudziłam się cała obolała wśrodku nocy w pokoju. Nie, to nie był mój pokój. Zamiast ściany, stał piękny parawan, łóżko było pościelone innym kocem i poduszkami, a zamiast szafy stał kufer. Chwytając się za mocno pulsującą głowę, usiadłam na łóżku i rozejrzałam się z przymróżonymi oczyma po pomieszczeniu. Jedynym źrodłem światła było wielkie okno, przez które wpadał blask księżyca w pełni. Mimo szumu w mojej głowie, usłyszałam szepty, za parawanem
-Ja nie chciałam żeby to się tak skończyło... Naprawdę Draco... Trochę wypiłam i zrobiłam się zazdrosna... przepraszam-szlochała jakaś dziewczyna.
-To był jej pierwszy dzień w Hogwarcie, ledwo co się znamy, a ty jesteś moją przyjaciółką i powinnaś zrozumieć, że chciałbym poznać nową dziewczynę, tym bardziej, że trafiła ona do Slytherinu, jestem Prefektem!-mówił męski głos.
-P-p-p..przyjaciółką....?-pociągała nosem dziewczyna z drżącym głosem. Zdawał się być jeszcze bardziej roztrzęsiony po słowach chłopaka.
-Tak. Zawsze nią byłaś i zawsze nią bedziesz.- powiedział ze stoickim spokojem-A teraz wyjdź, nie mam ochoty z tobą rozmawiać.-dokończył. Dziewczyna zaczęła płakać i uciekła z pokoju. Przez ciemność panującą w pomieszczeniu i przez pulsujący ból z tyłu głowy nie rozróżniłam głosów, ale zdawało mi się, że w progu gdy do dorminatorium wpadło trochę światła z korytarza, ujrzałam Pansy. Położyłam się spowrotem, nie byłam w stanie usiedzieć dłużej. Kładąc się uderzyłam się w obolałe miejsce, jękłam cicho. Usłyszała to osoba za parawanem, podeszła do mnie i położyła swoje lodowate dłonie na moim czole.
-Gdzie ja jestem? Co się stało?-spytałam cicho.
-Uderzyłaś się w głowę, straciłąś przytomność. Jesteś w moim łóżku.-szepnął głos.-Jak się czujesz Gwen?-spytał chłopak czule.
-Kim ty jesteś?-próbowałam rozpoznać sylwetkę-Draco..?
- Tak.-ujrzałam jego biały uśmiech-Jak się czujesz? Wszystko dobrze?
-Słabo mi... Moja głowa... strasznie boli-wymamrotałam. Pogładził mnie po policzku
-Spróbuj zasnąć, może będzie lepiej. -wstał z łóżka, na którym siedział. Delikatnie złapałam go za koszulę.
-A ty gdzie będziesz spać? To twoje łóżko.-spytałam.
-Na krześle.- wskazał drewniane krzesło w kącie pokoju. wzięłam głęboki oddech
-Połóż się obok mnie-zamkęłam oczy i przesunęłam tak by jak najmniej moje obolałe ciało ucierpiało. Draco nie protestował, ułożył się od razu obok mnie.
-Dobranoc-szepnął dotykając mojego ramienia.
-Auć...-skrzywiłam się.
-Przepraszam...-cofnął rękę. Poczułąm jak zamyka się w sobie, miałam wrażenie, że jak zaraz czegoś nie zrobię, to już mnie więcej nie dotknie.
-Wiem że się nie znamy, ale... Przytul mnie-wydusiłam z siebie resztkami sił. Przysunął się do mnie maksymalnie i położył dłoń na moim brzuchu. Czułam jego oddech na szyi, był płytki i chłodny. Zanim zdążyłam o czymkolwiek pomyśleć, zasnęłam.
    Następnego ranka, nadal wszystko mnie bolało, ale już mniej. Malfoya nie było " I dobrze" pomyślałam. Wyszłam ostrożnie z łóżka, zza parawanu wyszedł półnagi czarnoskóry chłopak. Odwróciłam odruchowo głowę, mimo że jego brzuch był pięknie wyrzeźbiony.
-Hey, jak się czujesz?-spytał propiennie, nie oczekiwał jednak odpowiedzi-Lisa przyniosła ci rzeczy -wskazał na mundurek i torbę z książkami- żebyś się nie spóźniła na lekcje, powiedziała, że ktoś po  ciebie przyjdzie zanim zaczną się Eliksyry-dodał. Kiwnęłam głową. Po chwili do mnie dotarło
-Mam się przebrać tutaj? Przy tobie?-zapytałam zaskoczona. Blaise zaśmiał się kpiąco
-Tak, a ja chętnie na to popatrzę- rechotał. Po jego słowach przesunęłam parawan i zrobiłam z niego przebieralnię. Szybko zmieniłam ubrania, gdy odłożyłam papierową czy tam materiałową ścianę na miejsce, zobaczyłam chłopaka robiącego smutną minkę zbitego zawiedzionego psa. Przewróciłam oczami i sięgnęłam po przygotowane dla mnie śniadanie. Zjadłam niechętnie kanapkę z żółtym serem i wypiłam zimną herbatę ziołową. Ku memu zdziwieniu po takim mało pożywnym śniadaniu poczułam się o wiele lepiej, może to przez tą herbatę?
   Do pokoju wbiegła Lisa, czerwona z wysiłku
-Chodź! Zaraz zaczną się lekcje!-krzyknęła w progu. Chwyciłam za torbę i pobiegłam za nią. Dziękowałam Bogu za to, że moim nogom nic się nie stało. Spojrzałam na falującą szatę biegnącej przede mną Lisy, gdy usłyszałam jakiś glos nad głową
-Dokąd to się tak spieszycie?-obróciłam się by zobaczyć kto to, nikogo za mną nie było, wzruszyłam ramionami, uznałam, że się przesłyszałam. Potem usłyszałam ten sam głos jeszcze raz-Hej tu jestem Ślizgonie!-ujrzałam roszający się obraz! Obraz do mnie mówił, odskoczyłam z przerażeniem, Lisa złapała mnie za rękaw i pociągnęła
-Potem sobie porozmawiasz-nie puściła mojej szaty.
-Ten obraz! On mówi! I się rusza!-krzyknęłam.
-No brawo odkrywco.-odpowiedziała niemiło.-Co ty? Mugolakiem jesteś?- przystanęła by się mi przyjrzeć.
-E... Nie wiem.-powiedziałam, po czym pospiesznie ruszyłam przed siebie. Dziewczyna dogoniła mnie i otworzyła drzwi do klasy. Wszyscy już tam byli, ale na szczęście nie spóźniłyśmy się. Nauczyciel o tłustych, czarnych jak smoła włosach wszedł do sali od razu po naszym przyjściu.

sobota, 19 marca 2016

Rozdział 7

   Dorminatorium Ślizgonek znajdował się w lochach i wyglądało zupełnie inaczej niż Gryffonów. Pokój był sześciokątny, w każdym zagięciu stało łóżko i szafa. Znaczy tak powinno być, ale dziewczyny odgrodziły swoje rzeczy i łóżka ścianami, argumentowały to prywatnością, ale dowiedziałam się dopiero później o jaką prywatność chodziło... W miejsu gdzie nie było ściany, na środku "korytarza" stał mały kominek, na którym wisiały ubrania moich współ lokatorek, głównie bielizna. Oprócz tego, była mała umywalka i lusterko, jednak nikt z niego nie kożystał, każdy miał w swoim małym pokoiku.
   Mój pokoik znajdował się najbardziej po lewej stronie od drzwi. Sciany były w kolorach Slytherinu, na środku stało dwuosobowe łóżko z zielonym baldahimem zaścielone starannie szarą kołdrą i czarną poduszką ze srebrnymi frędzlami. Po prawej stronie łóżka stała wielka drewniana szafa, a na niej wisiało lustro sięgające do podłogi. Przejrzałam się w nim, zobaczyłam w nim bladą dziewczynę z perfekcyjnym makijażem i w szacie Hogwartu. W pokoju rozległo się pukanie, drzwi uchyliły się szybko po dźwięku
-Hey, jak tam rozpakowywanie?-spytała Vanessa wsadzając głowę przez szczelinę. Spojrzałam na nietknięte walizki leżące koło moich stóp.
-Dobrze. Dziękuję-odpowiedziałam, od razu kucnęłam by jedną z nich otworzyć. Blondynka uśmiechnęła się i zamknęła drzwi. Rozpakowałam pierwszą walizkę, potem drugą i w końcu trzecią. Zmęczona usiadłam na łóżku. Zaczęłam rozmyślać nad dniem, który przeżyłam. Usłyszałam znowu pukanie.
-Draco urządza dzisiaj imprezę z okazji rozpoczęcia roku, wiesz, przez pierwszy tydzień są jeszcze luzy to można się zabawić-mrugnęła do mnie Vanessa-Masz ochotę iść? Poznasz nas lepiej.-dodała.
-Jestem zmęczona Van...-zaczęłam, ale nie poddała się.
-Słuchaj. On cię zaprosił na nią. Chce żebyś się na niej zjawiła-powiedziała poważnie. Wywróciłam oczami.
-Dobra.-zgodziłam się w końcu-A on zaprasza wszystkich czy...
-Nie, ale jak ktoś chce przyjść to może. Tylko że on musi zaakceptować obecność tej osoby. Zdażało się, żekogoś wywalił.-wzruszyła obojętnie ramionami. Podeszła do mojej szafy, wygrzebała z niej granatową sukienkę sięgającą do połowy ud. Pomachała mi nią przed twarzą z szerokim uśmiechem, westchnęłam. Przebrałam się przy niej, w końcu mamy to samo pod ubraniami. Rozczesałam włosy, poprawiłam make up, blondi przyglądała się temu wszystkiegmu z zachwytem.
    Wyszłam z mojego pokoiku, zobaczyłam gotową Pansy i brązowowłosą Lisę, obie ubrane były w krótkie sukienki.
-Jessica i Raven nie idą?-spytałam widząc tylko trzy dziewczyny odpicowane na imprezę.
-Nie. Jess pokółuciła się z Zabinim, a Raven po ostaniej akcji z alkoholem ma dość-powiedziała Pansy ze znudzeniem.-No cóż, idziemy.-złapała za rękę swoją towarzyszkę, to samo chciała zrobić Van, ale skrzywiłam się, więc odpuściła. Szybko znalazłyśmy się w pokoju wspólnym, przy otwieraniu drzwi poleciała na mnie chmura dymu z papierosów i shishy, zakrztusiłam się, przymrużyłam oczy, prawie nic nie widziałam. Nie zmienia to faktu, że widział mnie Malfoy, podszedł do mnie od razu.
-A jednak przyszłaś-szepnął, a raczej krzyknął mi do ucha, muzyka była tak glośna, że jego krzyk był jak szept.
-Spostrzegawczy jesteś Malfoy-uśmiechnęłam się złośliwie. Moje koleżanki już dawno zniknęły się bawić, Draco chwycił mnie za rękę.
-Idziemy-warknął.
-Gdzie mnie ciągniesz!?-krzyknęłam zaniepokojona. Ominęlismy kilka stolików, aż w końcu usiedliśmy w najdalszym kącie pokoju. Chłopak podsunął mi whiskey z colą, bez namysłu opróżniłam szkankę, muszę przyznać, że nie po raz pierwszy byłam na takiej imprezie, dlatego alkohol nie był mi obcy. Malfoy zaśmiał się zadowolony
-Szybka jesteś-spojrzałam na niego z wrednym uśmieszkiem i podsunęłam mu kieliszek wódki.
-Sama nie będe pić-wzrószyłam ramionami nadal się uśmiechając. Blondyn szybko wypił zawartość kieliszka, po czym uderzył nim głośno o stół. Wypiliśmy jeszcze trochę i zaczęliśmy luźną rozmowę
-Z jakiej szkoły do nas przyszłaś?-zapytał opiwrając się o krzesło.
-Z mugolskiej.-odpowiedziałam. Zrobił zdziwioną minę.
-Jak to?
-Moi rodzice zginęli jak byłam mała, potem adoptowali mnie mugole. Dumbeldore o mnie nie wiedział-odpaliłam, zrobiło mi się lżej na sercu mówiąc mu to. On jednak wyglądał na zmartwionego.
-Kiedy to było?-zapytał.
-około 14 lat temu-Po tych słowach zmartwił się jeszcze bardziej, podparł się ręką.-Hej co jest...?-spytałam zdziwiona i zmartwiona jego reakcją.
-Nic, jest okey. To przez alkohol-wywrócił oczami i zrołił kolejny łyk drinka. Nagle podbiegła do nas Pansy z wściekłym wyrazem twarzy.
-Możemy pogadać, Gwen?!-ryknęła na mnie tak złowrogo, że aż podskoczyłam. Kiwnęłam przestraszona glową i poszłam za nią na ubocze.
-Czego on od ciebie chciał?! Hm?-wrzeszczała.
-Nic, rozmawialiśmy tylko, on mnie tam zaprowadził.-tłumaczyłam się mopsowatej dziewczynie. Jej twarz zrobiła się czerwona ze złości.
-Odwal się od Dacona! Jeżeli chcesz przeżyć to nawet go nie dotykaj! Rozumiesz?!-darła się dalej.
-Dlaczego niby? Nie możesz mi mówić z kim mam się zadawać!-zaczęłami powoli działac na nerwy.
-Bo jest mój!-pchnęła mnie z furią na stół. Usłyszałam krzyki, upadłam na podłogę. Ostatnie co pamiętam to kłócący się głos Draco i Pansy.

-Coś ty zrobiła!? Przecież jej mogło się coś stać!

środa, 16 marca 2016

Rozdział 6

    Muszę przyznać, że w ciągu tych wakacji nauczyłam się przynajmniej połowy tego, czego oni przez całe lata spędzone w Hogwarcie. Oczywiście nie wszystko było mi potrzebne, dlatego niektóre rzeczy Hermiona i Ron pominęli. Byłam niesamowicie dumna z siebie, że tyle wiadomości przyswoiłam. Na dworzec 9 i 3/4 dotarłam wraz Hermioną. Moim oczom ukazał się potężny stary pociąg, a wokół niego pełno ludzi. Widok zapierał wdech w piersiach, zaczęło mi się robić zimno w ręce, jak zawsze gdy się stresuję. Zaczęłam niespokojnie rozglądać się po peronie, w poszukiwaniu kogoś znajomego. Nikogo nie poznałam, nie mogłam w pewnym momencie nawet znaleść Hermiony, ale znalazła siębardzo szybko. Rozmawiała z jakimś ciemnowłosym niewysokim chłopakiem w okularach. Potem dowiedziałam się, że to ten słynny Harry Potter. Nie zrobił na mnie jakoś szczególnego wrażenia. Pogadałam z nim trochę, brunetka przedstawiła mu już całą moja sytuację, życzył mi żeby, została przydzielona do właściwego domu, tam gdzie będę się najlepiej czuła, podziękowałam mu szczerze.
    Usiadłam w przedziale z Gryfonami, rozmowa wesoło się toczyła, mimo że mój charakter i sposób myślenia był zupełnie inny niż ich.  Po jakimś czasie kazali ubrać mi się w szatę. Razem z Hermioną wyszłam z przedziału kierując się do toalety. Korytarze były stosunkowo puste, biorąc pod uwagę fakt, że zaraz będziemy wysiadać. Bez problemu dotarłyśmy do toalety, jednak była zajęta. Poczekałyśmy chwilę, aż z jednej kabiny wyszedł jakiś chłopak. Uśmiechnął się złośliwie do Hermiony, potem wzrok przeszedł na mnie
-Czemu zadajesz się z tą szlamą Gwen?-zapytał z wyrzutem. Twarz hermiony pochmurniała.
-A z kim niby mam? Nikogo tu nie znam.-wzruszyłam bezradnie ramionami i powiedziałam z obojętnością.
-Możesz usiąśś z nami. -zaproponował równie obojętnie. Spojrzałam na Herm. Była delikatnie sfrustrowana jego obecnością
-Idź się przebrać pierwsza-uśmiechnęłam się do niej. Kiwnęła łową i zniknęła za drzwiami. Wróciłam do rozmawy z Draco.
-Nic o mnie nie wiesz Draco.-szepnęłam.
-Ale chciałbym-powiedział wręczając mi małą karteczkę.  Odszedł. Potrząsnęłam głową i weszłam do kabiny która się zwolniła.
     Wrociłam do przedziału. Rozmowa o tym jak spotkałyśmy Malfoya była bardzo żywa między moimi rówieśnikami. Nie widziałam w tym nic nadzwyczajnego, dlatego znudzona patrzyłam w okno. Gdy nagle przypomniałam sobie o kartce. Rozwinęłam kawałek papieru, znajdował się tam numer przedziału, zgadywałam, że to jest właśnie ten wagon, w którym on siedział. Postanowiłam, że się tam przejdę, ale jeżeli rozmowa będzie z nim równie nudna jak z nimi, to wyjdę i wróce do jedynych 3 osób, które znam. Wstałam i wyszłam, nawet nie spytali gdzie idę, więc bez problemu wyszłam. Znalazłam szybko wagon i chłopaka, który wręczył mi ten kawałęk papieru. widząc mnie przez szybę, wstał i otworzył mi drzwi. Uśmiechnął się do mnie pokazując nieskazitelnie białe zęby. Zaprosił do środka. W przedziale siedziało oprócz niego jeszcze dwóch chłopaków i jedna dziewczyna. Rozmawiało mi się z nimi o wiele lepiej niż z Ronem, Harrym czy Hermioną, nie ufałam im jednak aż tak, nie mówiłam o tym dlaczego tu jestem.
    Pociąg zaczął zwalniać. Wyjżałam przez okno, panowała tam zupełna ciemność. Szybko ruszyłam w kierunku moich Gryffońskich znajomych. Gdy tylko pociąg zatrzymał się całkowicie, uczniowe zaczęli się zbierać, naśladując ich wyszłam z pociąu zostawiając swoje bagaże.
-Teraz się rozdzielimy.-szturchnął mnie Ron.
-Pójdziesz ztamtym wielkim facetem-powiedziała Hermiona.
-On zabiera nowych-dodał Harry. Wszystkim przytaknęłam i podbiegłam do wielkoluda. Przywitał mnie pogodnie.
-Ty musisz być Gwen Silver! Nauczyciele wiedzą już o twojej sytuacji, więc nie musisz się martwić trudnościami.-rzekł łapiąc się za swój brzuch. Odetchnęłam z ulgą.
    Wprowadzono mnie i innych uczniów do wielkiej sali z długimi stołami z jedzenim. Kazali ustawić się nam na samym przodzie  sali. Na podium stanął Dumbledore
-W tym roku doszła do nas nowa uczennica, Gwen Silver-na sali zrobiło się glośno od szeptów i wiele osób wskazało na mnie palcem.- Zostanie ona jako pierwsza przydzielona do domu.-powiedzial i zeszedł z podium. Na środku sali pojawiła się smukła kobieta o surowym wyrazie twarzy, ale z wdziękiem. Wskazała mi krzesełko, a w ręce trzymała starą czapkę dla czarownic. Weszłąm na środek, tysiące oczu wzróciło na mnie uwagę. Zestresowana usiadłam na stołku.
-Hmm... Bardzo potężna czarownica, jak jej rodzice. Inteligentna, ambitna, ma swoje cele, pewna siebie, ale zarazem nie puści płazem zaczepki. Slytherin!-na sali rozległy się oklaski i wiwaty. Usiadłam przy stole Ślizgonów. Ron rzycił mi zawiedzione spojrzenie, po Hermionie widać było, że spodziewała się tego, a Harry nie zareagował. Wzruszyłam ramionami, nic nie poradzę, że tu trafiłam. Ktoś poklepał mnie po plecach.
-Witaj w Slytherine, jestem Vanessa.-przedstawiła się dziewczyna po mojej prawej stronie o blond włosach i jasno niebieskich oczach. Na jej policzkach malowały się delikatne rumieńce.
-Gwen-podałam jej rękę.
-Będziesz ze mną w dorminatorium-powiedziała uśmiechając się do mnie uroczo.-I z Pansy-wskazała dziewczynę, którą już wcześniej poznałam.-I jeszcze z kilkoma innymi-dodała. Pokiwałam głową. Kątem oka zobaczyłam, że Draco znowu mi się przygląda.

wtorek, 15 marca 2016

Rozdział 5

-Co ten arogancki śmieć od ciebie chciał?!- warkął na mnie Ron. Wyglądał na naprawdę wściekłego.
-Czemu arogancki śmieć?-spytałam-Z resztą, to nie twoja sprawa czego chciał.-mruknęłam nieprzyjemnie, trącącgo ramieniem w progu sklepu. Mamrotał coś jeszcze pod nosem, ale nie słyszałam co dokładnie powiedział, więc na wszelki wypadek spiorunowałam go wzrokiem.
   W budynku było pełno małych podłużnych pudełek. Zgadywałam, że w środku znajdują się tam różdżki. Wszędzie pełno było kurzu, gdy przyglądałam się ozdobie na biórku usłyszałam głos sprzedawcy.
-Witajcie Weasleyowie! Czyżby kolejne dziecko?-przyjrzał się mi-Jakieś takie nie podobne-dodał przyglądając się, by znaleść jakiekilwiek podobieństwo.
-Nie, nie, nie.- pokręcił głową pan Arthur.-To córka znajomych.
-Princów?-spytał robiąc okrągłe oczy mężczyzna.-Myślałem, że oni nie żyją!- wszyscy zdziwnione miny i spojrzeli na mnie. Sama w sumnie też się zdziwiłam "O co temu dziadowi chodzi?" pomyślałam. Jednak postanowiłam zagrać biedną sierotkę
-Ja nie wiem proszę pana... Zostałam adoptowana. Moi rodzice zginęli w wypadku.-powiedziałam ze spuszczoną głową.  Spojrzał na mnie ze chwilowym politowaniem, potem zmienił wyraz twarzy w olśnienie.
-Princowie zostali zamordowani w świecie mugoli-mruknął pod nosem. Zanim zdążyłam jakkolwiek na to odpowiedzieć zaczął już nowy temat-Zgaduję, że wy po różdżkę-rozpromienił się. Kiwnęłam głową, podszedł do mnie patrząc mi głęboko w oczy.
-Hmmm...-złapał się za brodę.-Spróbujemy tego-powiedział i zniknął za regałem. Wrócił z pudełkiem, wydobył z niego ostrożnie patyk i wręczył mi go ostrożnie. Obejrzałam dokładnie przedmiot, który dostałam-Machnij tym debilko-szepnął niemiło Ron. Odwróciłam się w furii w jego stronę i machnęłam różdżką. Z końca poleciał jasny smug światła i zaczął odbijać się od wszystkiego. Stanęłam z zadowoleniem, gdy uderzyła rudzielca w udo.
-Och...-jęknął sprzedawca.-Odłóż to dziecko..-skrzywiłam twarz w grymas niezadowolenia i posłusznie odłożyłam przedmiot.
-Spróbuj tą.-mówiąc to wręczył mi kolejną. Nie musiałam nią za bardzo ruszyć nawet. Z nikąd pojawił się wiatr, który był ciepły i delikatny. Ollivander uśmiechnął się do mnie.
-To ta moja droga-powiedział ściszynym głosem.-Różdżka wojenna, z drzewa osikowego, rdzeń pióro feniksa, 11,5 cali. W miarę giętka. Bardzo dobra różdżka, potężna. Musisz być bardzo utalentowana, skoro cię wybrała-kontynuował. Przyjrzałam się wygiętemu kawałkowi drewna uśmiechając się w duchu.
    Następnym sklepem, który chciałam odwiedzić była księgarnia. Na szczęście Esy i Floresy znajdowały się tylko kilka sklepów dalej. Wnętrze księgarnia pachniało nowymi książkami, zamknęłam oczy i zaciągnęłam się tym zapachem. Gdy otworzyłam oczy, zaczęłam rozglądać się za podręcznikami. W końcy gdy znalazłam odpowiedzni dział, wyciągnęłam listę z kieszeni. Przejechałam palcem po okłądkach szukając tytułów. Kiedy znalazłam już wszystkie, podeszłam do kasy, zapłaciłam i wyszłam. Państwo Weasleyowie pomachali do mnie z ławki, szybkim krokiem podeszlam do nich pokazując torbę z książkami.
-No, to jeszcze zostały ci ubrania.-powiedziała wesoło kobieta przyglądając się mojej czarnej luźnej tunice, czarnym podkolanówkom z różowymi serduszkami na przodzie i Nikeom Force, oczywiście w kolorze nie innym niż czerń. Skrzywiłlam się, nie rozumiejąc co jej się nie podoba w moim stroju, ale posłusznie powędrowałam za nią do sklepu z odzieżą. Nie muszę chyba zdradzać, że kupiłam wszystko w kolorze czarnym, oprócz mundurku szkolnego, który zawierał obowiązkową białą koszulę. Przymierzałam właśnie kolejną spódniczkę, gdy kątem oka zauważyłam, że Ron patrzy się na mnie z zachwytem. Podeszłam ppowoli do niego
-Słuchaj stary... Przepraszm cię za wcześniej, jet ok?-zapytałam z nadzieją w głosie.
-Jasne, ok.-powiedział uśmiechając się krzywo. Przeprosiłam go, bo nie chciałam by uczył mnie jakiś nadąsany rudzielec. Cały ten czas czułam, że ktoś na mnie patrzy. I to nie ktoś z tych rdzawych, tylko ktoś jeszcze. Nie szukałam długo wzrokiem, jego nie da się przeoczyć. Blady chłopak stał oparty o ścianę, przyglądając się mi znowu. Gdy nasze spojrzenia się spotkały, podszedł do mnie tak blisko, że czułam na czole jego oddech.
-Powiesz mi w końcu-zaczął-Jak się nazywasz?!-krzyknął szeptem, z taką złością, że aż podskoczyłam.
-Gwen-odpowiedziałam, odwracając głowę ze strachu. Trącił mnie ramieniem i zniknął.
   



   Kilka dni później rudzielce wrócili do siebie, oprócz Rona, który obiecał, że mnie pouczy. Książki z jego wcześniejszych lat przybyły do nas sową pocztą. Zaczęliśmy od zaklęć.
-Źle trzymasz różdżkę-załamał ręce, gdy po raz kolejny bezskutecznie próbowałam rzucić zaklęcie "wingardium leviosa". Poprawiłam szybko i wymówiłam słowa. Udało się! Nareszcie!
-Brawo, jestem z ciebie dumny-powiedział z uśmiechem-Myślę jednak, że przydałaby się pomoc.
-Słucham?-spytałam-Jaka pomoc?
-Moich przyjaciół-odpowiedział prędko. Kiwnęłam głową na znak, że się zgadzam.
   Następneo dnia w drzwiach ukazała się ładna dziewczyna o kręconych włosach. Wyglądała na bardzo inteligętną.
-Jestem Hermiona-przedstawiła mi się zmiłym uśmiechem.
-Gwen-odparłam z obojętnością, ale z uśmiechem. Trzeba przynajmniej udawać, że jest się miłym. Dziewczyna okazała się o wiele lepszym nauczycielem niż Ron. Bardzo szybko nauczyłam się zaklęć, czy łatwych eliksirów. Na zmianę opowiadali mi o magicznych stworzeniach czy historii Hogwartu. To niesamowite ile można się nauczyć w ciągu półtorej miesiąca. Byłam wdzięczna Hermionie za pomoc, bo to głównie dzięki niej udało mi się czegokkolwiek nauczyć. Ucieszyłam się, gdy usłyszałam, że mieszka wystarczająco blisko mnie, by przychodzić do mojeo domu codziennie. Polubiłabym ją bardziej, gdyby nie to, że jest taka przemądrzała. Rudzielec opowiadał mi o uczniach i nauczycielach. Dowiedziałam się, że blondyn, który mnie zaczepił na Pokątnej to Draco Malfoy, i że jest czystej krwi. Hermiona jest mugolakiem, a Harry, o którym mi tyle mówili, półkrwi. Było mi źle z faktem, że nie wiem jakiej ja jestem.
    Pewnego słoneczneo dnia, przypomniałam sobie o słowach Ollivandera, który wspominał coś, że jestem dzieckiem Princeów czy jakoś tak. Poprosiłam więc Hermionę, by wymieniła mi rody czarodziei, które zna, o to samo poprosilam Rona. Zgodnie z moimi oczekiwaniami, wymienili nazwisko Prince, a gdy poprosiłam by opowiedzieli mi związaną z nimi jakąś historię, zlękli się.
-Zamordowano ich 14 lat temu. Znaczy... miało to wyglądać na wypadek, ale wszyscy wiedzą, że to sprawa Czarnego Pana.-zaczęła dziewczyna o brązowych włosach-Podobno zginęli wszyscy, ale ciała córki nie znaleziono, ministerstwo stwierdziło, że i tak umrze, dlateo nie kontyuowali śledztwa. Na szczęście mięli jescze jedno dziecko-dodała z uśmiechem. -Chodzi z nami do szkoły.-skończyłą historię. Przygryzłam prawy policzek. "Może to właśniemoi rodzice, może to ja jestem tą córką, której nie znaleziono..." pomyślałam. Nie odezwałam sie jednak ani słowem, to brzmiało głupio już nawet w mojej głowie.


Zaczynają się u mnie rekolekcje. Super, dodatkowy czas na pisanie. W nastepnym rozdziale Gwen pojawi się w Hogwarcie, obiecuję, nie chcę już tych wakacji ciągnąc w nieskończoność, nosz ileż można!  




                                                                               #gwen



poniedziałek, 14 marca 2016

Rozdizał 4

-An! Tom! Jesteśmy już! Zawołajcie Gwen, dostanie pieniądze!-krzyknęła donośnym głosem Molly z przedpokoju.
-Jesteśmy na werandzie!-odkrzyknęła mama. Gdy państwo Weasleyowie wyszli do ogrodu, wskazała wolne  miejsca obok nas, jak tylko usiedli, Arthur wyciągnął z kieszeni sakiewkę wielkości ludzkiej pięści, w której radośnie pobrzękiwały monety. Wręczył mi je z poważnym uśmiechem
-Musimy udać się na ulicę Pokątną.- powiedział. Widząc moje zdziwnienie na twarzy zaczął wyjaśniać-To taka ulica na której czarodzieje prowadzą swoje sklepy. Jeżeli twoi rodzice się zgodzą, teleportujemy się tam jutro, by zaopatrzyć cię w potrzebne rzeczy. - mówiąc to spojrzał na rodziców oczekując zgodzy. Mama pokazała swoje białe zębyi kiwnęła głową patrząc w oczy przyjacielowi. Widząc ten znak pan Weasley kontnuował dalej - Lista podręczników jest taka sama jak u Rona, zdążyłem ją przejrzeć. A teraz- powiedział patrząc na mnie- powinnaś się przygotować psychicznie do pierwszego twojego spotkania z światem magii. On jest zupełnie inny niż ci się wydaje.-dodał. Skrzywiłam się, nie wiedziałam czego mogę się spodziewać.
-Dobrze, o której jutro tam jedziemy? Znaczy się... teleportujemy?-spytałam.
-Jak tylko się obudzisz i będziesz gotowa- uśmiechnęła się Molly.- Zjesz na spokojnie śniadanie i tak dalej. Musisz mieć dużo siły na dzień pełen nowości i wrażeń-dodała klepiąc mnie po dłoni.


    Obudził mnie dźwięk deszczu stukającego o okno."Ugh... a miałam nadzieję na ładną pogodę" pomyślałam  z niezadowoleniem patrząc w strone szyby. Jednak szarość za szkłem nie zepsuła mojego humoru. Na samą myśl, że dzisiaj znajdę się w świecie czarodziejów, wywoływałą u mnie uśmiech na twarzy. Pospiesznie wstałam z łóżka i podeszłam do wielkiej szafy. Wybrałam swoje najlepsze ubrania, oczywiście w moim ulubionym kolorze, czyli czarnym, po czym zeszłam na dół. Starałam się wyglądać obojętnie, mimo że we mnie była masa emocji.
    Na dole wszyscy siedzieli już przy stole, piąc kawę lub inny parujący, pokrzepiający ten deszczowy dzień napój. Przywitałam się z nimi grzecznie, potem zrobiłam sobie zielonej herbaty. Gdy usiadłam zaczęłam się przyglądać wszystkim. Mięli rozbawione miny, żywo dyskutowali na jakiś temat. Znudzona przysłuchiwałam się rozmowie, jednak nie zaciekawiła mnie ona, więc zaczęłam się rozglądać za Ronem i Ginny. Siedzieli na kanapie oglądając równie znudzonym wzrokiem telewizję. Podsiadłam się do nich cicho. Rudy spojrzał na mnie ukradkiem, a gdy nasze spojrzenia się spotkały szybko spuścił wzrok.
-Co oglądacie?-spytałam z obojętnością w głosie.
-Mugolskie wiadomości-odpowiedziała Ginny nie patrząc na mnie.
-Nie mogę się doczekać kupienia różdżki! Chciałabym wybrać jakąś dobrą-zaczęłam.
-Ale wiesz, że to nie ty będziesz wybierać, prawda?-spytał Ron podpierając się łokciem.
-Jak to nie ja? A kto za mnie ją wybierze?-spytałąm zaskoczona. Chłopak wywrócił oczami, a dziewczyna uśmiechnęła się rozbawiona.
-To różdżka wybierze ciebie-odpowiedział oglądając dalej telewizję. Zdziwniona zmarszczyłam czoło i opadłam ciężko na oparcie fotela.
   Usłyszałąm jak dorośli wstają z krzeseł, więc automatycznie obruciłam głowę w stronę dźwięku.
-Ginny, Ron, Gwen, zbieramy się.-powiedział stanowczo Arthur. Podeszli szybko do ojca, który wyciągnął z kieszeni marynarki sakiewkę. Pierwszy był Ron, wsadził rękę do woreczka, wszedł do małego kominka i krzyknął- Na Pokątną!-kominek zajął się zielonym ogniem, a chłopak momentalnie znikął. To samo stało się z Ginny. Przyglądałam się temu z zaciekawieniem, a kiedy przyszła kolej na mnie, zlękłam się. Wzięłam jednak błyszczący się proszek i sypnęłam nim w kominku krzycząc nazwę ulicy. Momentalnie znalazłam się w innym miejscu. Rodzeństwo już na mnie tam czekało. Oszołomiona rozejrzałam się po miejscu, w którym się znalazłam. Po chwili dołączyli do nas rudzi rodzice rudych dzieci.
     Ulica pokątna przypominała trochę abstrakcyjną ulicę Disneylandu, szczególnie sklep z głową mężczyzny z kapeluszem.
-Czy teraz pójdę wybrać różczkę?- spytałam pełna nadziei.
-Tak-powiedziała pani Weasley.-Szukaj sklepu Ollivander-dodała wymijając jakiegoś czarodzieja w dziwnym płaszczu. Po tych słowach zaczęłam uważnie rozglądać się za tym sklepem.
-Znalazłam!-krzyknęłam wskazując sklep z tabliczką. Weasleyowie uśmiechnęli się do mnie. Przyspieszyłam kroku, chciałam jak najszybciej się tam znaleść. Odwróciłam się na chwilę w stronę przyjaciół rodziców, byli daleko w tyle. Gdy chciałam iść dalej, odwróciłam się gwałtownie i wpadłam na chłopaka o jasnej karnacji (też mam jasną, ale jego kolor był w odcieniu conajmniej kartki papieru), jasnych blond włosach i pięknych tajemniczych szarych oczach.
-Przepraszam.-powiedziałam cofając się o krok, robiąc miejsce przystojnemu chłopcu.
-Uważaj jak chodzisz-warknął. W jego oczach jednak nie zauważyłam błysku pogardy ani nienawiści, raczej zafascynowania mieszanego z nutą złości. Myślałam, że od razu sobie pójdzie, gdy tylko zrobiłam mu miejsce, on zamiast odejść, stał jeszcze przez chwilę w miejscu przyglądając mi się uważnie.
-Skąd jesteś?-spytał w końcu.
-Z małego miasteczka koło Londynu.-odpowiedziałam, próbowałam być jak najmilsza dla chłopaka.
-Jak się nazywasz?-zadał jeszcze jedno pytanie. Otworzyłam usta by mu na nie odpowiedzieć, ale Weasleyowie wyprzedzili mnie i stali już przy sklepie. Ron ze złością machnął do mnie ręką bym przyszła.
-Muszę już iśc! Wybacz!-krzyknęłam biegnąc w stronę sklepu z różdżkami, zostawiając za sobą przystojnego chłopaka.


O tak! Nareszcie się spotkali! Nie wiedziałam jak mam doprowadzić do ich spotkania, ale jakoś z tego wybrnęłam. Miłego wieczorku


                                                                           #gwen

Rozdział 3

    Rodzice popatrzyli po sobie ze strachem w oczach. Patrzyli tak na siebie przez dłuższą chwię, potem wzrok przenieśli na mnie.
-Gwen...-zaczęła niepewnie mama. Położyła swoją dłoń na mojej.-Powinniśmy byli ci to już dawno powiedzieć... Ale baliśmy się jak zareagujesz- dokończyła.
-Czyli to prawda?-powiedziałam z zaciśniętymi zębami. Poczułam jak ogarnia mnie fala zimna, a potem ciepła.
-Tak.-odpowiedział tata nie spuszczając ze mnie wzroku. Zapadła cisza. Plątałam się we własnych myślach. Po chwili udało mi się coś z siebie wydusić
-Kocham was-wyszeptałam z uśmiechem-To niczego nie zmienia. Tylko...-dodałam.
-Tylko co skarbie?-odetchnęła wysoka kobieta.
-Możecie mi wszystko opowiedzieć? Kim byli moi prawdziwi rodzice, skąd się tu wzięłam i jak poznaliście Weasleyów?-rodzice spojrzeli na mnie ze zrozumieniem i kochającymi uśmiechami.
-Adoptowaliśmy cię w sierocińcu rodziny Lambrage 14 lat temu. Dyrektorka mówiła, że twoi rodzice zginęli w wypadku samochodowym, ale nikomu nie udało się zidentyfikować ciał... Więc nie mogli oddać cię rodzinie.- powiedziała to z taką powagą i współczuciem jak nigdy. Wytrzeszczyłam oczy z niedowierzenia. Chciałam wstać i odejść, ale jej odpowiedź wmurowała mnie w fotel, nie mogłąm się poruszyć.
-Gwen.. Tak mi przykro-wyszeptał tata. Spojrzałam na jego ciepły uśmiech i zaczęłam się uspakajać oraz rozluźniać. Gdy go odwzajemniłam przytulili mnie. Zazwyczaj nie lubiłam czułości, ale tym razem dawało mi to poczucie bezpieczeństwa i miłości. Zamknęłam oczy, z których spłynęła jedna łza. Nie była to łza smutku, raczej szczęścia. Poczułam dalikatny zapach perfum mamy, pahcniałała wiosenną łąką, potem poczułam intensywny zapach wody kolońskiej taty. Uśmiechnęłam się w duchu i uścisnęłam mocniej rodziców.
-Muszę wam coś powiedzieć-powiedziałam z powagą, puszczając ich. Usiedliśmy wygodnie, a po chwili do salonu weszli Weasleyowie. Rzucili mi porozumiewaczy uśmiech. Wyciągnęłam z kieszeni list. Rodzice krzywili się nic nierozumiejąc, spoglądali na wszystkich pokolei pytająco.
-Wasza córka jest czarownicą. Po wakacjach nie pójdzie do zwykłej szkoły. Została przyjęta do Hogwartu, szkoły magii i czarodziejstwa.-odparł pan Weasley. Mama i tata nic nie rozumiejąc otworzyli usta próbując coś powiedzieć, jednakże z ich ust nie wydobył się żaden dźwięk. Goście poprosili byśmy wyszli z salonu *chodziło o dzieci*.Rozmawiali przez dłuższy moment, a potem zaprosili nas do środka. Rodzice wyglądali już na doinformowanych, ale nadal trochę zestresowanych tą sytuacją.
-Jakby Gwen chciała... To mogę tu zostać dłużej i ją poduczyć.-powiedział nieśmiało rudzielec. Spojrzałam na niego z wyrzutem, przecież mogę sama się pouczyć! Jednak przypopmniałam sobie, że skoro nic nie umiem przydałaby się pomoc. Nawet takiego debila jakim jest Ron. Tata poprawił okulary na nosie
-Dobrze. Niech tak będzie-chrząknął. Pani Molly złapała mnie za ramię.
-Musimy kupić ci różdżkę, miotłę i książki. Zwierzaka nie potrzebujesz, widzę, że masz kota.-powiedziała ruda kobieta z delikatną nadwagą. Zastanawiałam się przez chwilę po co mi te wszystkie rzeczy, jednak przytaknęłam kobiecie.
     Po powrocie do swojego pokoju, wzięłam telefon i puściłam swoją ulubioną playlistę. Musiałam się odstresować, w ciągu ostatnich dni stanowczo za dużo się wydarzyło. Włożyłam słuchawki do uszu i delikatnie ułorzyłąm się na łóżku. Zamknęłam oczy, nie zauważyłam kiedy zasnęłam. Obudziłam się późnym wieczorem, cała mokra od koszmarów. Ospała zeszłam do kuchni, potykając się na schodach. Nalałam sobie soku kaktusowego, wyjrzałam za okno. Przedemną rozciągał się piękny krajobraz łąki z kolorowymi kwiatami. Nad jeziorem, które się tam znajdowało właśnie wzbijało się stado kaczek. Uśmiechnęłam się sama do siebie i przeczesałam dłonią długie do pasa włosy. Zaczęłam się przysłuchiwać dźwiękom w domu. Nic nie usłyszałam. Zaniepokojona zaczełam szukać domowników, nikogo nie znalazłam. Zgadywałam, że poszli do ogrodu. Nie pomyliłam się, mama z tatą siedzieli na werandzie pijąc czerwone wino. Zauważyli mnie gdy otwarłam szklane drzwi, przywitali mnie uśmiechem.
-Witaj słonko, jak się spało?-spytała promiennie mama.
-Dobrze- odpowiedziałam spokojnie- Gdzie reszta?
-Pojechali do jakiegoś banku wymienić pieniądze byś mogła kupić rzeczy do nowej szkoły-mruknął tata nie odrywając wzroku od krwistego napoju. Kiwnęłam głową w odpowiedzi i usiadłam obok nich. Przede mną rozciągał się uroczy letni krajobraz. Trawa jasnozielona delikatnie kołysała się pod wpływem wiatru. Pomiędzy kwiatami latały małe stworzonka zbierając nektar, w choinkach pod ogrodzeniem błyskała się gdzieniegdzie jeszcze kałuża po deszczu (Anglia to deszczowy kraj). Zamyśliłam się, myślałam nad tym czy chce to wszystko zostawiać, dla jakiejś szkoły, o której nie wiedziałam, że istnieje jeszcze przed tygodniem. Pomyślałam o moich wszystkich znajomych, szkole,wspomnieniach związanych z tym miejscem, zrobiło mi się smutno. Do wyjazdu zostało mi trochę ponad miesiąc, musiałam to wykorzystać dobrze, niestety nie zapowiadało się, bym spotykała się z wszystkimi bliskimi, szykowało się dużo nauki...


Taa daa! Siedziałąm nad nim sporo czasu, więc proszę, doceńcie moją pracę. Możecie udostępnić albo wypromować na jakimś fan page? Byłabym wdzięczna ;) Narazie jest was mało, ale liczba wyświetleń rośnie!  Nie zapomnijcie skomentować i polecić mnie innym, dzięki za wszystko. Do następnego rodziału!


                                                                                     #gwen

sobota, 12 marca 2016

Rozdział 2

     Wrócili po chwili, jednak ja odczuwałam, że minęła wieczność, tym bardziej, że miałam wrażenie, że już za chwilę dostanę odpowiedź na wszystkie moje pytania. Jednakże gdy ich równie rudy ojciec przyszedł, kazał mi znowu "coś zrobić". Więc roztopiłam wodę, wydało mi się to najlepszym rozwiązaniem, ponieważ zamrożonej nikt nie jest w stanie wypić, nawet w tak upalne lato jak te. Jego twarz przybrała poważniejszy wyraz.
-Trzeba powiedzieć Dumbledorowi.-wymamrotał. Wyciągnął kartkę z kieszeni, napisał coś szybko i niestarannie, otworzył okno i gwizdnął na palcach. Zaczęłam się zastanawiać co ten wariat robi, ale potem usłyszałam łopot skrzydeł i ujrzałam brązową sowę w brązowe plamki na skrzydłąch oraz plecach. Zahuczała wesoło i chwyciła kartkę w dziób. Pan Weasley powiedział, że ma zabrać list do dyrektora jakiegoś tam Hogwartu i sowa odleciała. Miałam nadzieję, że zaraz mi wszytsko wyjaśnią, o co to zamieszanie, ale myliłam się. Pan Weasley nerwowo powiedział, że w ciągu kilku dni się dowiem i odszedł. Rudzielce też nie chciały mi nic wyjaśnić, zdenerwowałam się, jednak nie zostało mi nic innego niż czekanie.
    Dwa dni później (Wesleyowie u nas mieli być przez tydzień), gdzy rodzice pojechali na zakupy do centrum handlowego, ktoś zapukał do drzwi. Pani Molly podbiegła do nich i otwarła je. W drzwiach stał starzec z długą siwą brodą. Jak na mój gust ubierał się bardzo dziwnie, ale przez grzeczność nic nie powiedziałam. Starzec przedstawił mi się jako dyrektor szkoły Hogwart, Dumbledor, wydawał się być bardzo miły, jednak odniosłam wrażenie, że był zaskoczony mną i całą tą sytuacją. Pokazałam mu kilka "sztuczek" jak to mówili moi rodzice na moje nadzwyczajne umiejętności, a on uśmiechnął się do mnie tajemniczo i wręczył list z czerwoną pieczątką. Kazał nie otwierać zanim stąd nie wyjdzie. Potem zwrócił się do Weasleyów. Nie słyszałam słów, bo wyszli z salonu i przeszli na korytarz, gdzie rozmawiali ściszonymi głosami. Czasami udało mi się wyłapać kilka słów lub całe zdanie. W pewnym momencie usłyszałam, że Molly powiedziała "Ana wspominała mi o tym kilkanaście lat temu... że adoptowali". Zszokowana tymi słowami wstałam i podeszłam do rozmawiających.
-Jak to?! Że niby kto jest adoptowany?!-prawie krzyczałam. Nie wiedziałam, czy to prawda, ale byłam wściekła, załamana, zszokowana i smutna w jednym momencie. Wszyscy w trójkę spojrzeli na mnie ze zdziwnieniem. Pani Molly kazała mi się uspokoić, położyła delikatnie rękę na moim ramieniu.
-Porozmawiasz z rodzicami jak wrócą. Ja nic na ten temat nie wiem dziecko, może się przesłyszałam.-powiedziała spokojnie. Jej słowa tylko bardziej mnie rozzłościły, ale zrozumiałam, że ma rację. Musiałam się uspokoić, złość nic nie da. Wróciłam do salonu i usadowiłąm się wygodnie na kanapie."Nawet jeśli jestem adoptowana... to przecież nadal są moimi rodzicami. Kochają mnie." pomyślałam "Ale... dlaczego nie powiedzieli mi prawdy wcześniej?". Z zamyślenia wyrwał mnie starzec o niebieskich oczach.
-Do widzenia Gwen.- uśmiechnął się ciepło. Odwzajemniłam uśmiech.
-Do widzenia, miłych wakacji!-krzyknęłam za nim. Nie miałam pewności, że to usłyszał, bo jak na staruszka, to bardzo szybklo się poruszał. Jeszcze chwilę posiedziałam w samotności, ale przypomniałam sobie o kopercie. Sięgnęłam po list leżący na szkalnym stole i otwarłam go delikatnie. Przeczytałąm całość nic nie rozumiejąc. Postanowiłam się więc spytać Rona o pomoc.
     Chłopak siedział w pokoju gościnnym razem z Ginny oglądając telewizję. Gdy weszłam do pomieszczenia, odwrócił się w moją stronę pytająco. Kiwnęłam do niego porozumiewawczo, że ma za mną iść. Podszedł do mnie, pokazałam mu list. Ron wytrzeszczył oczy i ni to ze zdziwieniem ni to ze zmartwieniem powiedział-Przecież to list z Hogwartu! Gwen! Dostałaś się do szkoły magii!
-Chwila... Co?-spytałam zdezorientowana. Ron ze zrezygnowaniem pokręcił głową.
-Chodź. Wszystko ci opowiem.- powiedział i pociągnął mnie do mojego pokoju. Trzymał mnie za rękę, co było ostatnią rzeczą jaką chciałam robić w tym momencie. Była ciepła i mokra od potu, jednak wytrzymałam to. Chciałam jak najszybszych wyjaśnień. Usiedliśmy na łóżku, wydawało mi się, że usiadł trochę za blisko mnie, odsunęłam się trochę, tak by nie zauważył. Nastąpiłą głucha cisza. Wpatrywaliśmy się w jakiś punkt w przestrzeni. On w podłogę, ja w ścianę. W końcu nie wytrzymałam.
-Powiesz mi do jasnej cholery co tu jest grane?!-syknęłam. Miałam dość ciszy i miałam mnóstwo pytań.
-No bo... Dwa dni temu jak zatrzymałaś szklankę w locie, zamroziłąś wodę, a potem roztopiłaś ją... Zauważyliśmy, że nie jesteś zwykłym mugolem... znaczy człowiekiem. Jesteś czarownicą. Potrafisz czarować. Nie wiem dlaczego dyrektor cię nie zauważył na liście... Zapomniał wysłąć list czy co? no mniejsza z tym. Teraz dostałaś list, że cię przyjęli. Z tego co wiem to masz 16 lat, a tam naukę zaczyna się gdy masz 11.. więc masz 5 lat do nadrobienia Gwen.
-Czekaj.. czekaj... Co?! Przecież, chodzę do szkoły!- powiedziałam zdziwiona-jakie 5 lat nadrabiania? Nie mam zaległości.-dodałąm z oburzeniem.
-Tak, w zwykłej szkole. Jednak Hogwart jest szkołą magii. Nie potrafisz czarować. Nie znasz zaklęć, nie masz nawet różczki. Ty nie wiedziałaś o istnieniu magii przed 5 minutami!-na te słowa dotarło do mnie, że sobie nie żartuje.
-Dobra mów dalej. Chce wiedzieć jak najwięcej o waszym świecie...-westchnęłam w końcu.
-W naszej szkole są cztery domy. W sensie grupy... hmmm.. zrozumiesz potem. Przydzieli cię Tiara Przydziału do jednego z nich. Ja jestem w Gryffindorze. Oprócz tego jest jeszcze Hufflepuff, Ravenclaw no i...największa konkurencja Gryffonów, czyli Slytherin. Opowiedziałbym ci więcej, ale myślę, że powinnaś szczerze porozmawiać ze swoimi rodzicami Gwen.- ostatnie słowo brzmiało jak prośba. Skinęłam na nią głową. Nie miałm za bardzo ochoty z nimi rozmaiwać na ten temat, nie wiedziałam jak zacząć. Na mój niefart, usłyszałam dźwięk przekręcanego klucza. Wrócili. Ze zdenerwowania zaczęłam strzelać palcami. Ron zauważył to i dodał mi otuchy mówiąc, że gdy sobie wyjaśnię z rodzicami wszystko, oni dołączą do rozmowy i dopowiedzą resztę. "On chyba sugeruje mi, że jestem adoptowana!'' pomyślałam, a w moich oczach pojawiły się łzy, jednak tylko na chwilę, nie mogłam nikomu pokazać, że mnie to boli. Zbiegłam na dół. Tata z mamą kończyli wypakowywać rzeczy, które kupili. Rzyciłam im wesołe "Cześć", odpowiedzieli z uśmiechem na twarzy. Patrzyłam na nich przez chwilę, po czym udałam się do salonu gdzie na nich czekałam. Zawsze szli na kawę po zakupach.
      Siedząc w salonie usłyszałam kroki i witanie się państwa Weasleyów z moimi rodzicami. Zaczęłam myśleć jak mam zacząć rozmowę. W głowie jednak miałam całkowitą pustkę. Zupełne nic. Dlatego też, gdy rodzice weszli do salonu i usiedli koło mnie, otworzyłam tylko usta nie umiejąc nic powiedzieć. Zauważył to tata, pociągając łyk czarnej aromatycznej kawy, spytał -Chcesz nam coś powiedzieć?- uniósł jedną brew, jak to zazwyczaj robi, gdy jest zakłopotany. Przełknęłam ślinę. "Raz kozie śmierć!" pomyślałam.
-Powiedzcie mi prawdę. Słyszałąm rozmowę pani Molly.- powiedziałąm z powagą. Mama zrobiła zdziwioną minę, w sumie nie tylko ona.
-Gwen, dziecko. O co ci chodzi?- spytałą w końcu mama. Wzięłam głęboki oddech jakbym się przygotowywała do dużego wysiłku.
-Czy ja jestem adoptowana?-wypaliłam w końcu.





Kolejny rodział już gotowy! Mam nadzieję, że się podoba. Jest weekenda ja siedzę w domu, więc mam dużo czasu na pisanie. Jak wam się podoba? Jakieś uwagi? Komentarze? Życzę miłęgo wieczorku i dobranoc! Jutro pewnie coś wrzucę, a na razie lecę. Papa
                                                                                                        #gwen

Rozdział 1

    Zostałam obudzona wcześnie rano przez tatę. Przypomniał mi, że powinam pomóc mamie w pracach domowych, ponieważ przyjeżdżają do nas w gości znajomi rodziców. Ociągałam się, ale po jakimś czasie wywlekłam się z łóżka i przebrałam w granatowe dresy i luźną koszulkę z logiem Metalicy, które wysiały na krześle od dwóch dni. Zeszłam na dół, mama krzątała się w kuchni przygotowując obiad dla gości, postanowiłąm jej pomóc zmywając naczynia. Gdy tylko skończyłam spytałąm jak mogę jej jeszcze pomóc, a ona spojrzała na mnie z radosnym uśmiecham - Wydaje mi się czy moja panna nie jadła jeszcze śniadania?-po tych słowach zdałam sobie sprawę jak  bardzo jestem głodna. Widząc moją minę, wskazała na talerz z kanapkami na blacie. Podziękowałam i zabrałam się za jedzenia.
    Podczas jedzenia miałam czas by pomyśleć o dzisiejszym dniu. Próbowałam sobie przypomnieć imiona przyjaciół rodziców, ale na próżno, nie poznałam ich osobiście, jednak rodzice opowiadali mi o nich bardzo dużo.
-Mamo, jak nazywają się ci wasi znajomi?- spytałąm zrezygnowana.
-Weasley-odparła. "Ach no tak! Jak mogłam zapomnieć? Nie jest to jakieś strasznie trudne nazwisko..." pomyślałam.
-Dzięki.- powiedziałam z pełnymi ustami pysznej kanapki z serem i szynką. Rudowłosa kobieta (moja mama) uśmiechnęła się pod swoim piegowatym nosem i wróciła do gotowania bliżej nie określonej potrawy.



                                                            ***kilka godzin póżniej***

    Spojrzałam na wyświetlacz telefonu, dochodziła godzina 13:00. Pospiesznie wstałam z kanapy i pobiegłąm do pokoju. "Mam tylko pół godziny by się przygotować! Co ja na siebie włożę?!" myślałąm chałotycznie. Wbiegłam przez otwarte na oścież białe drzwi, przez które było widać mój usprzątany pokój. Stanęłam przy szafie. Moim oczom ukazała się tona ciuchów w ciemnych kolorach, zaczęłam je przeglądać. Po dłuższym czasie zdecydowałam się na jensy z nacięciami na kolanach i crop topa, moje ciemne włosy spiełam w kok w nieładzie, zrobiłam delikatny makijaż (podkład, puder i pomadka). Zaczęłam się zastanawiać, czy podkreślić tuszem moje długie rzęsy, by pokazać się nowo poznanym ludziom jak z najlepszej strony, lecz po chwili namysłu odpuściłam sobie. Spojrzałam jeszcze raz w lustro, wyglądałam całkiem dobrze. Spojrzałam na zegar na ścianie, miałam jeszcze 5 minut. Usiadłam wygodnie na łóżku i zaczęłam przeglądać facebooka. Po chwili usłyszałam dzwonek do drzwi, znudzona internetem zeszłam na dół przywitać się z Weasleyami. Ku memu zdziwieniu, oprócz dorosłych w progu ujrzłam chłopaka i dziewczynę w moim wieku. "przynajmniej będe miała towarzystwo" pomyślałam zadowolona. Mama uściskała kobietę i zaprosiła wszystkich do salonu. Gdy wszyscy usiedli miałam możliwość się im bliżej przyjżeć. Wszycy z nich byli rudzi, rozbawiło mnie to więc zaczęłam się uśmiechać, jednak zauważyła to mama.
-Z czego się śmiejesz Gwen? - zapytała z ciekawością w głosie.
-Ee... nic nic... tak sobie przypomniałam o czymś zabawnym...- powiedziałam, mama spojrzałą na mnie pytająco, ale od razu zmieniła temat
-Może zabrałabyś Rona i Ginny do pokoju, co? Poznalibyście się lepiej...- nalegała. Wywróciłam oczami, nie miałam ochoty ich jakoś szczególnie poznawać, szczególnie tego chłopaka. Wydawał mi się strasznie tępy, co do dziewczymy, uważałam, że wygląda na osobę spokojną i skrytą w sobie, ale nigdy nie wiadomo, więc tylko kiwnęłam głową i powiedziałam, "Chodźcie". Wstałam z kanapy i zaprowadziłam rudzielców do "mojego królestwa".
 -Jestem Gwen.-przedstawiłam się. Nie oczekiwałam odpowiedzi, już znałam ich imiona.
-Ron. - odpowiedział chłopak-A to Ginny.-dodał wskazując na siostrę.
-Ile macie lat? Skąd jesteście? -spytałam. Nie interesowało mnie to szczególnie, ale stwierdziłam, że może to być ciekawa znajomość.
-Ja mam 15- powiedziała Ginny. Jednak nie była taka nieśmiała jak mi się wydawało.
-16... Mieszkamy hm... na wsi...-powiedział rudy. Ja w odpowiedzi uśmiechnęłam się i kiwnęłam głową.
Dalsza rozmowa przebiegała w miłej atmosferze, aż do pewnego momentu...Dziewczyna wstała z łóżka by obejrzeć moje zdjęcia na biórku, jednak gdy wstawała, potrąciła szklankę z szafki nocnej. Instynktownie wyciągnęłam rękę w stronę spadającego przedmiotu. Szklanka zatrzymała się w połowie lotu na podłogę, a ja ruchem dłoni odłożyłam ją spowrotem na szafkę.
-Uff.. było blisko.- odetchnęłam z ulgą i spojrzałam na rudzielców z uśmiechem. Jednak gdy ujrzałam ich miny zrozumiałam, że coś jest nie tak.
-Wszystko okey?-spytałam.
-Jak ty to... zrobiłaś? Myśleliśmy, że jesteś mugolem!- prawie krzyknął Ron.
-Co to znaczy mugol?-spytałam zdziwiona. Rudzi spojrzeli po sobie.
-Do jakiej szkoły ty chodzisz?- spytała Ginny.
-Gimnazjum nr 4 przy ulicy Homess...- odpowiedziałam jeszcze bardziej nie rozumiejąc. Po ich twarzach wywnioskowałam, że takiej odpowiedzi się nie spodziewali.
-Czy mogłabyś zrobić coś jeszcze? Na przykład... zamrozić wodę?
-Jasne, czemu nie.-odparłam. Spojrzałam na wodę w dzbanku koło szklanki, którą próbowała zrzucić Ginny, a ona błyskawicznie się zamroziła.Rodzeństwo popatrzyło po sobie, a potem wzrok przenieśli na mnie. Powiedzieli, że idą po ojca i wybiegli z pokoju zostawiając mnie z mnóstwem pytań samą.





Hej! Mam nadzieję, że podoba wam się rodział, następny będzie już za niedługo, więc cierpliwie na niego czekajcie! Ogólnie rzecz biorąc blog będzie opowiadać o tajemniczego pochodzenia Gwen, o jej życiu w Hogwarcie i miłości do pewnego chłopca o jasnych włosach i szarych oczach...Wiecie już kto to? Do zobaczenia 
                                                                                               #gwen