poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Rozdział 11

   Minęło kilka dobrych miesięcy w tej magicznej szkole pełnej tajemnic. Nauka nie sprawiała mi większych trudności niż ruchome schody. Owszem, moje zaległości czasami były widoczne, ale szybko się uczę, więc wszystko nadrobiłam. Dużo czau spędzałam z Vanessą, Marshallem, Draco czy też z Ronem.
   Pewnego dnia spacerując po Błoniach z Krukonem spotkałam przechadzającego się z Pansy Dracona. Skrzywił się jak zawsze na widok Marshalla, dziewczyna widząc jego reakcję przybrała taki sam wyraz twarzy i powiedziała
-Jak możesz zadawać się z takimi jak on?
-O co ci chodzi?-warknęłam, lubiałam Pansy, ale denerwowała mnie swoją nietolerancją wobec czystości krwi.
-O to, że zadajesz się ze zdrajcami! Chodź Draco-pociągnęła go za ramię. Chłopak wyszarpał się szybko z uchwytu
-Do zobaczenia, mam nadzieję, że nie zapomniałaś-mrugnął do mnie i poszedł pewnym krokiem przed siebie, a za nim truchtem pobiegła jak mały mops Pansy z maślanymi oczkami.
   Wywróciłam oczyma i słabo uśmiechnęłam się do Lee
-Wracamy już? Zimno się robi...-powiedziałąm cicho.
-Jasne.-promiennie odpowiedział Marshall i wziął mnie za rękę. Spojrzałam na niego zaniepokojona
-Marsh...?
-Ach, jejku przepraszam-puścił mnie zawstydzony. Na jego policzkach pojawił się rumieniec.
-Nie szkodzi-roześmiałam się, zachaczyłam łokciem o jego łokieć. Kierując się do zamku napotkaliśmy jeszcze wielu innych naszych znajomych, niektórzy zatrzymywali nas na chwilę by porozmawiać.
-Czemu nas olewasz Gwen?-usłyszałam za sobą znajomy głos. Odwróciłam się i ujrzałam rudzielca z Harrym i Hermioną.
-Olewam?-uniosłam delikatnie brwi.
-Cały czas spędzasz z Ślizgonami, albo z nim-wskazał na wysokiego bruneta kryjącego się za mną.
-Bo jestem w Slytherinie, a wy w Griffindorze? Bo nie wszyscy tolerują nieczystość kwi? Jeżeli się z wami pokazuję wyzywają mnie od zdrajców Ron. Lubię cię, ale chciałabym spać spokojnie, tym bardziej, że dzielę dorminatorium z Pansy, zazdrośniczką, która w każdej chwili chętnie mnie zabije za to, że jestem blisko z Draconem, albo za to, że przyjaźnię się z kimś innym niż ona sobie chce.-odparłąm ze złością w oczach. Złota Trójka skrzywiła się na te słowa.
-Rozumiem...-wymamrotała Herm.
-A teraz przepraszam bardzo, ale wracam do Hogwartu-odwróciłąm się na pięcie, pociągając za sobą Krukona.
    Siedząc w dorminatorium, wysłałam sowę, by dostarczyła list do Rona z propozycją na wspólny wieczór w Dziurawym Kotle, czułam się źle z tym, że ich tak potraktowałam. Po wysłaniu listu zabrałam się za pracę domową z opieki nad magicznymi stworzeniami. Miałam do napisania wypracowanie o jednorożcach. Nie zajęło mi to więcej niż dwie godziny, z dumą zamknęłam zeszyt i schowałam go do torby. "No to wieczór cały dla mnie" pomyślałam uśmiechając się w duchu.Zeszłąm do pokoju wspólnego, z którego znowu dobiegała głośna muzyka, a dym tytoniowy i alkohol było czuć odkąd otworzyłam u siebie drzwi. Przeszłam koło roztańczonych nastolatków i zwróciłam się do drzwi. Otworzyły się, a moim oczom ukazał się pusty korytarz. Odetchnęłam z ulgą, gdy dźwięki imprezy przestały do mnie dochodzić. Odnalazłam jakieś kręte schody prowadzące na wysoką, wąską wieżę, postanowiłam się na nią wdrapać. W wieży panował półmrok, usiadłam przy maleńkim oknie, gdy usłyszałam cichy szmer na drugim końcu komnaty.
-Kto tu jest?-spytałam po chwili wsłuchiwania się, jedną ręką trzymałam ukrytą w szacie różdżkę.
-Avery.-usłyszałąm delikatny i słodki głosik. Definitywnie należał do jakiejś młodszej ode mnie dziewczyny.
-Chodź tu-poklepałam miejsce koło mnie. Znowu usłyszałam szmer a z ciemnego kąta wyszła niewysoka, brunetka o lokach do piersi. Jej nos i policzki były pokryte piegami, a oczy miała ciemne i lśniące. Nieśmiało usiadła koło mnie.
-Co tu robisz mała?-szturchnęłam ją przyjaźnie.
-Przychodzę tu czasem po lekcjach, bo tu jest cicho...-powiedziała tak bezgłośnie, że zaliczyłąbym to do szeptu. Westchnęłam i oparłam się o ścianę, dziewczyna irytowała mnie faktem, że cicho mówi.
-Do jakiego domu należysz?-spytałam w końcu.
-Hufflepuff-uśmiechnęła się dumnie. "To wszystko wyjaśnia" zaśmiałam się w myślach.
-Gwen Silver, Slytherin-podałam jej uroczyście rękę.
-Avery Prince-uścisnęła śmielej się uśmiechając.
-Opowiedz mi coś o sobie-zapodałam temat rozmowy.
-Jestem czystej kwi... Mieszkam z babcią, czasami odwiedza nas wójek, w szkole się do mnie nie przyznaje...-zaczęła powoli.
-W szkole? Uczy tu?-przerwałam jej nagle.
-Tak, to profesor Snape.-na jej twarzy pojawił się blady uśmiech-Nie lubię o sobie mówić... Nigdy nie wiem co powiedzieć...-spuściła smutno głowę.
-To może teraz ja-nie wiem czemu polubiłam Avery, coś mnie do niej ciągnęło, miałam wrażenie, że to nie jest zwykła przypadkowa czarownica.-No więc, mieszkam z rodzicami, jestem adoptowana, niedawno dowiedziałam się o wszystkim i o tym, że magia istnieje, o tym, że moi prawdziwi rodzice zgineli, zabito ich czy jakiś tam wypadek mieli, trafiłąm do Slytherinu, dorminatorium dziele z Pansy, co by mnie zabiła gdyby tylko mogła i mam czarną kotkę.-Avery zrobiła duże oczy.
-Wow... Współczuję ci...-złapała mnie za ramię.-Też straciłam rodziców.
-Tak mi przykro mała-zrobiłam współczującą minę- Co się z nimi stało?-spytałam zaciekawiona.
-Śmierciożercy.-szepnęła.Otwarła usta by kontynuować, ale na wieże wbiegł zdyszany Malfoy.
-Ach tutaj jesteś!-krzyknął na mój widok. Avery bezszelestnie wyszła drugim wejściem. Podeszłam do Dracona, spojrzałam prosto w jego oczy, błyszczały w świetle księżyca podkreślając ich szarość. Zbliżył się do mnie jeszcze bardziej, złapał mnie za ramiona, przysunął do siebie. Zanim zdążyłąm cokolwiek powiedzieć, jego usta zetknęły się z moimi. Zdrętwiałam, nie wiedziałam jak mam zareagować. Poprostu stałam pozwalając działać chwili. W końcu odwzajemniłam pocałunek, smakował jak świeża mięta, jego ciało pachniało drogimi perfumami... Nagle przerwał.
-Gwen... Ja przepraszam!-krzyknął i wybiegł z komnaty. Opadłam na zimną kamienną podłogę, zastanawiając się, co się właśnie stało, powoli ogarniał mnie mrok.